Playa quemada

La flor azteca

Los monstruos del Riachuelo

El amor enfermo

Marvin

Auschwitz

Adiós, Bob

Playa quemada


11.20.2007

AUSCHWITZ

Po Auschwitz poezja przestała już być możliwa.
Theodor Adorno

1.
Nienawidzę tego.
Nienawidzę rozmów o niemowlętach, nienawidzę tego mlecznego zapachu niemowląt, nienawidzę bucików, śpioszków, pieluch. Nienawidzę małych dzieci, tych ich smoczków; i matek małych dzieci bezwstydnie podsuwających im cycka w miejscach publicznych, w tych opiętych stanikach.
- Chcesz mate?
Nienawidzę tego zioła moczonego w kubku, nienawidzę rurek przekazywanych z ust do ust, śliny zmieszanej z ciepłą wodą.
- Papierosa? Kilka ciasteczek przez posiłkiem?
Nienawidzę zapalniczek, dymu, niedopałków. Nienawidzę ciasteczek, tych okruchów zasypujących obrus. Nienawidzę też tej wysypki, którą widzę na jej skórze, nie wiem, co to jest, wygląda jak grubawe, cieliste piegi; nienawidzę nadmiaru ciała, celulitis, wałeczków, obwisłej skóry na ramionach; nienawidzę paprochów w pępku, za długich albo za krótkich włosów, nie zadbanych paznokci. Nienawidzę tej twojej chusteczki przewiązanej pod szyją, zaplątanej jak wąż kąsający swój ogon. Wydaje mi się brudna, brzydka. Obrzydliwa jest.
Nienawidzę twojego głosu, zbyt wysokiego i zbyt przenikliwego, tego, że mi mówisz: „Chcesz mate?”; nienawidzę suchości twoich ramion, twojej białej twarzy, twoich oczu bez blasku, tego, że jesteś blondynką.
Nienawidzę bałaganu w twoim domu, porozrzucanych książek, kurzu na telefonie, żółtych ubrań w ogóle, żółtego koloru i koszmarnej żółtej sukienki, którą masz na sobie, w szczególe. Obrzydza mnie ta twoja złotawa, czerwona i zielona biżuteria – taka bożonarodzeniowa. Nie cierpię twojego słodko-gorzkiego zapachu, słodkiego i przenikającego, tak słodkiego, że ciastka by nim można smarować. Nie toleruję twojej kolekcji pierścionków na dłoniach; nie znoszę twojego nazwiska: Auschwitz. Ani twojego imienia: Rosana.
Auschwitz to nazwisko dla kogoś, kto ma katar.
- Au… świst! – powiedział Berto ze śmiechem.
- Płód nie ma ani jednej normalnej komórki, tak podobno powiedział jej lekarz – ona zapatrzyła się w próżnię, podczas gdy on zliczał jej piegi. – Mojej koleżance.
Były to piegi wyglądające rakowato, a przynajmniej tak się wydawało Bertowi. Jedne purpurowe, inne różowe. Słowo „różowy” jest brzydkie, ale nie brzydsze niż ta wężowa chustka, zalatująca tanią i niewinną hipisowskością. Różowa Rosana; Rosa i Ana, Rosa plus Ana. Imiona w szeregu. Rosanita. A ona mówi do niego: „Z czego się śmiejesz, to prawda, tak jej lekarz powiedział.
- A twoja koleżanka co?
- Umiera ze strachu.
Obrzydliwe było też to, że chodziła boso, po brudnej podłodze. W klubie tańczyła bez butów, a on i tak ją całował. Ale całowanie to obsesja Berta. Całowanie wszystkich kobiet, nawet nienawistnych, nawet tych, które pokazywały mu swoje zdjęcia z dzieciństwa, w śpioszkach i z bucikami, ledwie dwie godziny po tym, jak się poznali. Chciał całować wszystkie i przelecieć niektóre, przede wszystkim Żydówki, bo Żydówki mają łechtaczki pachnące mokrym psem i pośladki zawsze o krok przed ustąpieniem celulitisowi. Dlatego chodził tańczyć do Klubu Izraelskiego, żeby zaliczyć jakąś mokrą suczkę.
W domu Rosany jej nagie stopy stanowiły nieprzyzwoitość jeszcze bardziej obrzydliwą niż fakt, że tak łatwo dała się uwieść. Piwo było za darmo, dlatego ją zaprosił. „Boli mnie gardło”, powiedziała, kiedy szarpnął jej chusteczkę, żeby ją zdjąć, podrzeć, spalić. To nie jest psia obroża, to nie jest obroża mokrej łechtaczki. „Lepiej chodźmy do ciebie, chciałbym się wykąpać”, powiedział, a ona: „Dobra”. Niepohamowana pokusa niebieskich oczu i jasnej skóry w klubie miedzianych skór i czarnych oczu; on pchał ją przez klub napierając na tyłek, pieszcząc ją językiem i palcami na siedzeniu w samochodzie, żeby ona, kiedy znaleźli się u niej w domu, powiedziała mu: „Jestem Rosanita, Rosana Auschwitz; mieszkam w tym bajzlu”. Berto tak to sobie wyobrażał, choć może trochę mniej brudne i powywracane, myśląc o tym, jak jej wbije swojego sztywnego wojaka w skórny okrąg, i oby ją bolało, oby krzyczała i krwawiła. Pragnął zobaczyć krew Auschwitz na jej prześcieradle; chciał patrzeć, jak robi knysze, te racuszki z ziemniaków i cebuli, takie pyszne i ciężkostrawne, i powiedział jej: „Zrób mi”. Wydał jej polecenie: „Zrób mi knysze”.
W kuchni piętrzyły się talerze, pełne resztek jedzenia i karaluchów; Berto powiedział: „Nienawidzę syfu, chcę iść do łazienki” (wysrać się, wysikać, wykąpać, oczyścić się z tego wrażenia, żeby potem zgwałcić cię na twoim samotniczym łóżku). A ona, Rosanita, opowiada mu o tej swojej koleżance. „Ani jedna normalna komórka, powiedział lekarz”; o panice swojej koleżanki. Berto siedział już nagi w wannie, trzymając swojego wojaka w ręku i gotowy na prysznic; gotowy, żeby umyć sobie to, bo ta noc generalnie kręci się wokół tego; odlać się porządnie pod prysznicem, żeby pozbyć się całego tego darmowego piwa z Klubu Izraelskiego, zmieszać mocz z wodą, jakby to było wino z wodą sodową, namydlić sobie jaja, główka na zewnątrz po odciągnięciu skóry, którą nosił jak jakiś order i której żaden Żyd nie posiadał, a potem od tyłu, jego własny tunel, tak podobny do tych, które tyle razy penetrował w innych ciałach kobiet grubych i chudych, gładkich i owłosionych, czarnych i białych. Ten otwór, w który teraz Berto wciskał koniec namydlonego palca, żeby zapiekło.
- Wiesz, że jestem Żydówką, prawda?
Jaka kobieta, która nie jest Żydowką, umiałaby robić knysze, głupia jesteś, kotku, czy co?, moja nowa kobietka, moja Auschwitz z klubu: nie dość, że Hipiska, to głupia jeszcze jesteś, nie dość, że nosisz tę niebieską chustkę na szyi, że masz pośladki tłustawe, imię jedno na drugim, bajzel w domu, syf na podłodze, z kranu kapie ci na talerze, gdzie kiedyś leżało jedzenie z innych żydowskich kolacji, a teraz zżerają je karaluchy z apetytem na faszerowaną rybę, karaluchy także należące do wspólnoty, karaluchy jidysz?
Berto wiedział, że dla niego – zaobserwował to już wcześniej, dawno, bo zawsze uważnie obserwował samego siebie – nie było obojętne, czy zacznie się myć od przodu czy od tyłu; wszystko podporządkowane jest wcześniejszym uwarunkowaniom, choć na początku kąpieli może zdawać się intuicyjne. Odkrył, że zaczyna od tyłu, jeśli przez prysznicem się załatwił, a zaczyna od wojaka, kiedy wcześniej się bzykał. I choć teraz nie zrobił ani jednego, ani drugiego, wydawało mu się, że jest a priori brudny, skażony samą myślą, że będzie coś robił z Rosaną-od-niebieskiej-chustki, że ją posunie bez żadnych miłosnych wstępów, nie licząc obmacywania w aucie na światłach czy buziaka przy barze w klubie; bo powiedział jej: „Chodźmy do ciebie, chcę się wykąpać”, a ona zgodziła się na to tak po prostu; bo zapytał: „Masz gumki?”, a ona przytaknęła szybko głową; bo miał się właśnie wytrzeć, a ona powiedziała mu, żeby skorzystał z jakiego chce ręcznika, ledwie dwie i pół godziny po nawiązaniu znajomości.
W aucie złapał ją za pierś. Pozwoliła mu na to, macając go po spodniach. Smakowity kawałek mięska. Berto odchrząknął, zakaszlał, spuścił szybkę. Flegma została na skrzyżowaniu Scalabrini Ortiz i Santa Fe, na środku ulicy i pośrodku nocy. „Na pewno wmurują tu pamiątkową tablicę”, powiedział, a ona się uśmiechnęła. Berto zamknął szybę. Ta flegma to był numer, który odstraszał dziewczyny. Rosana zdawała się na nic nie reagować. Z takim nazwiskiem! Ciebie to zamykali w szkole w szafach, nie? Nauczyciele bili cię linijką po opuszkach palców? Dyrektorka wsadzała ci najgrubszą kredę w pochwę? Ona - jeden wielki uśmiech. Jedziesz cała szczęśliwa samochodem z kimś obcym, który znienawidził cię od pierwszego wejrzenia. „Masz coś do jedzenie w domu?”. Nie wiem. „Ma być: to rozkaz”. Mogę zrobić racuszki z ziemniaków. „Ziemniaków i czego jeszcze?”. Ziemniaków i smażonej cebuli. „Knysze?”. Ona zaczerwieniła się, a on wcisnął pedał gazu. Torino 380 coupe, zielony postrach przechodniów, kąsał czarną ulicę we wskazanym przez nią kierunku. Dom Rosany znajdował się o dwadzieścia przecznic od bunkra samotniczego Berto.
- Ile mówiłaś, że masz lat?
- Czterdzieści dwa.
- I jesteś niezamężna czy co?
- Rozwiedziona, głuptasie.
Nie mów do mnie głuptasie, nie zamierzam wysłuchiwać twoich wyzwisk; natomiast mnie wolno ciebie obrażać, bo na to zasługujesz i mój wojak mi na to pozwala, bo ja jestem człowiek wojak, człowiek fiut, w twojej cipce, w twoim tyłku, w twoich ustach. W tej kolejności. Kąpiel przed, żeby się przygotować, i jeszcze jedna po, żeby się oczyścić. Berto z całej siły zakręcił kurek od prysznica.
- Nie da się tak dokręcić, żeby nie kapało?
- Nie.
- Gdzie są moje buty?
- Zjedzmy na boso.
Usiadł między stosem książek i stosem płyt. Ona zapaliła świeczkę, nie gasząc światła. On został w samych slipach, bez koszuli. Ona nie zdjęła sobie chusteczki z szyi.
- Takie małe zrobiłaś?
Rosana podniosła garnek i udała, że zanosi go z powrotem do kuchni. Wiesz, że jestem Żydówką, prawda? Wziął jednego knysza; ugryzł.
- Suchy. Brakuje soli.
Sól siebie suchą solą, samo schnie słońcem suszone. Była w stanie znieść wszystko, być może, prócz tego, że ktoś, w jej własnym domu, siedząc między jednym stosem z jej ulubionych książek i drugim z zapomnianych płyt powiedział, że knyszom brakuje soli. Berto poznał to po jej minie. A już na pewno nie jakiś goj, zwłaszcza taki, którego poznała na zabawie w Klubie Izraelskim, ledwie trzy godziny temu, przy dźwiękach piosenek Bee Gees i popijając darmowe piwo. Wiesz, kim jestem, prawda? Rosana wycelowała tacką w stronę kapiącej i zakaraluszonej kuchni, nie przestając się uśmiechać, jak gdyby to, co robiła, ten gest zabierania knyszy, był tylko dobrym żartem. Rosana uniosła piętę prawej stopy, żeby zrobić krok przed siebie i wywalić do śmieci te ziemniaki zmieszane z cebulą, ale cofnęła ją, jakby wracając. Robiła zdziwioną minę, minę tak czy nie?, minę chcesz jeść czy nie chcesz?, minę wiesz co: to mnie zaraz będziesz wsadzał w szparę i w tyłek, to ja sprawię, że skończysz z litrem spermy w prezerwatywie, to ja będę być może chciała ci obciągnąć, bo „tylko głupi nie obciąga”, a głupi to ten, który zawsze jest zadowolony, a porządna Żydówka nigdy nie jest głupia, zwłaszcza kiedy ma zdublowane imię, zwłaszcza gdy na nazwisko ma Auschwitz; i głupi jest też ten, kto głupieje i trochę bredzi, a bredzisz tutaj tylko ty, nieznajomy, z tym twoim wojakiem na baczność, z pistoletem w kaburze; a kabura jest jak pochwa, a dobra pochwa nigdy nie zachęca do obciągania.
- Zrobiłam je specjalnie dla ciebie, wiesz? I nie zniosę, wiesz?, żadnej krytyki.
Trzeba by jej pokazać, jak się nawilża suche rzeczy, pomyślał Berto, za sprawą jakiegoż to błogosławionego mechanizmu świeżo wytalkowana wenus zmienia się w mokrego pieska. Trzeba by sprawdzić, czy umie to robić, czy soli się suchą solą, żeby wszystko było jak należy.
- Moja koleżanka ma już prawie pięćdziesiątkę. Wyniki punkcji pokazały to samo.
- Znaczy co?
- Że wszystkie komórki są zdeformowane.
Mina, jaką miał lekarz kiedy jej o tym mówił, być może była taka sama jak ta na twarzy Berta patrzącego na jej podniesione właśnie stopy, brudne pięty.
- Pięćdziesiąt lat i dziecka się jej zachciewa? Po co sobie dupę zawracać?
- Teraz można. Zastępuje się jądra komórek jajowych jądrami komórek niepłciowych. Tej samej albo innej kobiety.
Punkcja, knysze. Proszę zrobić punkcję knyszowi, pani doktor. Ściągaj koszulę, majtki. Nie nosisz stanika? Lepiej sobie kup, bo jak nie, to któregoś dnia będziesz sobie mogła wiązać cycki jak sznurówki. He, he. To, co zaraz zrobię, droga pani, to punkcja strzykawką z ciała. I jak tam knysze? Kruche czy gumowate? Gumkę mi założysz? Bo za cholerę nie wejdę w tę pieczarę bez 0.04 nawilżonej chlorkiem benzalkonium. Żebym trochę językiem popracował? A skąd ja mam wiedzieć, kiedy ty ostatnio na bidecie siedziałaś?
- Mówiłem ci, że jestem faszystą?
Cisza.
Nie zdejmiesz sobie tej chusteczki z szyi? Nie zdejmiesz? Przecież brzydko pachnie, wstrętna jest. Nie można siedzieć na golasa i z taką szmatą uwiązaną. Nienawidzę jej jeszcze bardziej niż twojego zdjęcia z dzieciństwa. Nie obchodzi mnie, że cię gardło boli. Tu jest gorąco. Ten piecyk za ostro grzeje jak na takie małe pomieszczenie.
- Mam zgasić światło, żebyś jej nie widział?
Chcę, żebyś ją zdjęła, wyrzuciła do śmieci, spaliła ją i nigdy, przenigdy nie zakładała sobie niczego podobnego.
- Bez chusteczki czuję się zbyt naga.
Z chusteczką czuję się zbyt blisko miednicy, czuję, jak uderzam w twoją miednicę wojakiem, tłokiem seksu. Wsadź i wyjmij. O taaaak… Powleczkę na poduszkę czuć było octem. Octem przyprawia się szybkie posiłki, jak ten, który właśnie przyrządzili. Od jak dawna nie zmienia pościeli? Ręce Berta naparły na materac, cofnął się, a kadet na służbie, wcześniej wojak, wyślizgnął się. Nie można pozwolić, żeby mu pękł lateksowy mundur; to jest najważniejsze: trzeba się upewnić, że tkwi na miejscu, zdjąć ostrożnie, rozciągnąć. Berto nigdy nie patrzył, czy są ślady krwi; nie patrzył też na twarz partnerki, czy, jak tym razem, coś się jej nie stało. To wszystko? Rosana objęła go. Berto jak zwykle zawiązał dwa węzły, obok siebie i ściśnięte, na prezerwatywie. Czasami ją nadmuchiwał, po weselszych bzykankach. Czasami przyglądał się swoim rybkom pływającym w białawym kremie, pod światło. Czy jeden piecyk może wydzielać tyle ciepła? Dlatego tak szybko skończył! Rosana przytuliła go jeszcze mocniej. Poczuł jej pierścionki na plecach. „Nieważne, nieważne”, szeptała. Co nieważne? „Nic, śpij już, mój ty zabawkowy faszysto”. Berto nie wiedział, jak odpowiedzieć. Jak się odpowiada na taką zniewagę? Ma na nią nakrzyczeć, uderzyć ją, czy zapomnieć? Ro-sana, nudzi od rana. Powinien znowu spróbować? To jej wina, bo zrobiła koszmarne knysze, bo nie naprawia cieknących rur, bo nosi za dużo pierścionków, bo nie myje stóp przed położeniem się do łóżka i nie ściąga chusteczki z szyi. Mogło być gorzej, ale ciała, co się nie znają, witając się żegnają.
Ona oparła się dłonią o jego uśpionego poborowego, wychylając się, żeby zgasić światło. „I tak niczego nie oczekiwałam”, dodała. On rzucił zużytą prezerwatywę, która wylądowała na jakiejś półce albo abażurze nocnej lampki. Żydowska Hipiska i zabawkowy faszysta. Niech się cieszy, że nie ma odbycie tego, co teraz trzyma w ręku! Berto na wszelki wypadek wolał się nie odzywać, gdyby jednak wolała mieć go w tyłku, a nie gładzić ręką. Takie pieszczoty działały usypiająco, być może inaczej by nie zasnął, pomyślał: ciemność w pokoju pozostawiała wiele do życzenia, księżycowe światło wdzierało się przez okno pozbawione rolet czy zasłon. Rano będzie nieznośnie jasno, pomyślał. No i jeszcze ten żar piecyka.
- Nie można zmniejszyć grzania?
- Straszny ze mnie zmarzluch.
I to ciągłe kapanie z kranu. W kuchni powodowało specyficzny hałas, krople uderzające w powierzchnię wody; w łazience inaczej, odgłos bębnienia w obłupaną porcelanę umywalki; jeszcze inaczej, jak jakiś aplauz, pod prysznicem, spotęgowane przestrzenią wanny.
Do kapania dołączyło tykanie zegara. Berto miał dwa złociste kręgi odbite w źrenicach, dwa zapalone reflektory swojego torino coupe 380, zielonego postrachu przechodniów; każde oko jak reflektor, zapalające się na przemian, tik-tak, jakby przekręcał ciało to w jedną, to w drugą stronę, na tym niewygodnym łóżku, i jakby musiał ciągle mrugać okiem.
Udało mu się na chwilę zasnąć, może jakieś dwanaście czy piętnaście minut: był kompletnie zlany potem, chciało mu się pić i szczypało go w oczy. Usiadł i zapalił lampkę na stoliku. Obok niego leżała rozwalona, bez ruchu, gospodyni. Cała w pierścionkach i z chusteczką; ciało rozciągnięte jak u jaszczurki, pośladki rozlane. Obróciła się; jej sutki były jak dwa owady. Ściany pokoju zastawione były półkami; książki emanowały jeszcze kwaśniejszą wonią niż prześcieradło; być może bardziej ludzką niż woń samej kobiety. Jej ciało zaprotestowało i jej ręka wynurzyła się spod poduszki, jak gotowe do ucieczki zwierzę. Jej palce dotknęły wyłącznika. Lampka zadygotała i zaraz zgasła. Berto wyjrzał przez pozbawione rolet okno. Podwórko było małe, a chwasty pleniły się nieokiełznane. Księżyc w pełni oświetlał wszystkie zakamarki. Była piąta piętnaście rano. Od miesięcy nikt tu nie kosił trawy.
Przesunął językiem po wargach. Chropowate jak papier ścierny. Jak usta Rosany; sama mu to powiedziała w Klubie Izraelskim, kiedy wychodzili na zewnątrz. Potem widział, jak je sobie maluje i pyta, czy mają niedobry smak. Byli już w torino coupe, zielonym postrachem przechodniów, siedzieli, całowali się starannie.
- Niedobry smak, ale czego?
- Bo to jest lekarstwo.
Powiedziała, że ma chorobę, jakieś zapalenie warg (wyjęła długopis z obgryzioną końcówką i napisała mu łacińską nazwę „cheilitis” na paczce Marlboro, żeby realistyczniej zabrzmiało). Dlatego nie może nikogo całować, jeśli sobie wcześniej nie nałoży tej maści. Kiedy całuje bez maści, pękają jej wargi. Berto pomyślał, że nigdy jej nie widział bez tej maści, ani teraz, kiedy śpi, ani wcześniej, przed wejściem do auta, więc próbował przyjrzeć się jej twarzy w księżycowym świetle. Wargi Rosany były tak zmaltretowane jak jego. Zaczął się zastanawiać, czy przez dotyk nie zaraził się tą chorobą. Nigdy nie powinien był przykładać swoich warg do jej ust. Wyszedł z pokoju; szedł jak lunatyk; wpakował się do łazienki.
Z kurków kapało w najlepsze. Ten na umywalką, na przykład, miał przekręcony gwint, więc nawet po zakręceniu zawsze z niego ciekło. Być może Rosana tak mocno grzała piecykiem, bo miała nadzieje, że krople wyparują zanim uderzą w zlew. Po umyciu twarzy Berto zakręcił kurek tak mocno, jak potrafił. W lustrze zobaczył swoje gniewnie podkrążone oczy. Kiedy jakiś Żyd mu się sprzeciwiał, zawsze robił się bardziej antysemicki. Jeśli to była kobieta, tym gorzej. Jeśli miała cieknący kran, jeszcze gorzej.
Gorąc piecyka docierał nawet do kuchni. Światło nie działało. Berto przysiadł na stołku. Otworzył lodówkę. Lampka w środku emanowała intensywnym blaskiem, że aż zamrugał oczami. Knysze wciąż leżały na tacce; był tam też słoik z majonezem z zerwaną etykietką, zjedzony w połowie psujący się deser budyniowy, kawałek masła z dwiema wbitymi weń łyżeczkami, niemal pusty dzbanek z sokiem z grejpfruta. Wsadził sobie jednego knysza do ust: był zimny, obrzydliwy. Wypluł, chwycił palcami wypluty kawałek i przykleił do reszty klusek tak, żeby nie było widać. Wypił łyk z dzbanka i nie był to, jak mu się zdawało, sok z grejpfruta, tylko dietetyczny ananas, z proszku. Wypluł wszystko. Szuflada na warzywa pełna była pomarańczy.
Otwarta lodówka nie była w stanie obniżyć temperatury otoczenia. Berto uchylił też drzwiczki od zamrażarki. Suche zimno osiadło na jego twarzy jak odświeżająca maska. Otoczył oczy. Wewnątrz widać było dwa pojemniki do robienia kostek lodu, jeden na drugim, jak kromki chleba lodowatej kanapki. Między nimi leżało coś cienkiego i nierównego, co uniemożliwiało górnemu pojemnikowi dokładne dopasowanie się do dolnego. Berto lubił uporządkowane rzeczy; jeśli coś uniemożliwia dopasowanie, powinno się to usunąć. Podniósł górny pojemnik. Ostrożnie i z ciekawością chwycił za skórkę szynki oddzielającej kromki. Usta wykrzywiły mu się ze zdziwienia. Szynka okazała się cieniutkim importowanym lateksem; 0.04 jak skóra nie nadmuchanego balonu. Z jego zamarzającymi plemnikami. Węzły były dokładnie takie, jakie zawiązał – dwa, jeden za drugim, mocne. Ukrył prezerwatywę w dłoniach. Zamknął drzwiczki.
Co to tu robi? Wstała, żeby to schować? Kiedy? Po co to zamroziła? Kto jej pozwolił? Prezerwatywie było jeszcze trudniej niż Bertowi odzyskać utracone ciepło. Zaczął na nią chuchać. Musiał stamtąd jak najszybciej wyjść. Umyć twarz i uciec. Dreszcz przebiegł mu po plecach. To był jedyny chłód, jaki czuł po zamknięci drzwi lodówki. Po ciemku namacał kurek nad zlewem i poruszył stosem naczyń. Ruszające się naczynia zaskrzypiały jak okno w filmie grozy. Bertowi udało się złapać kilka talerzy w powietrzu. Dwa wylądowały na podłodze; okrągła metalowa tacka rąbnęła o stół i zawirowała jak bąk. Tłukące się talerze narobiły takiego hałasu, że aż podskoczył. Nie trafiły go żadne odłamki porcelany, ale resztki jedzenia owszem. Nadepnął na coś, co mogło być kawałkiem mięsa albo zdechłą myszą.
Rosana zapaliła światło przy łóżku. Berto wyszedł z kuchni pocierając piętami o podłogę, żeby je wyczyścić. Nogi miał pochlapane jakąś zieloną galaretką. „Co się dzieje?”, zapytała ona, podnosząc się ze snu. Czy ona naprawdę przykryła się tą zimową kołdrą mimo takiego gorąca? Berto podniósł swoją koszulę i spodnie z podłogi i wyczyścił sobie stopę krawędzią kołdry.
- Idę – powiedział.
- Dlaczego?
- Bo się wkurzyłem.
Wtedy Rosana otwarła szeroko oczy, przecierając je, żeby zrozumieć, co się dzieje. Jakim prawem budził ją nim jeszcze zadzwonił budzik? Przecież dała mu wszystko, swoje knysze, swoją łazienkę, swoje łóżko a nawet swoje ciało. A on co jej zaoferował w zamian? Pogardę, niechęć, impotencję? Rosana powiedziała „impotencja” z impetem, jakby powiedziała „postęp” albo „przyszłość”, albo inne ważne słowo. Jakby powiedziała „porażka”.
- Co ty mi mówisz, że jestem impotentem? Chyba cię popieprzyło?
- Niczego nie poczułam, tępaku.
- Co najwyżej to przedwczesny wytrysk… Impotencja to coś innego. – I dodał bez wahania: - Jeśli niczego nie poczułaś, to dlatego, że jesteś oziębła…
Założył sobie skarpetki, spodnie.
- No tego jeszcze nie słyszałam! – zawołała Rosana. – Skończyłeś w sekundę… Co ja miałam poczuć w sekundę?
Berto ukląkł na łóżku. Nie patrząc na nią, powiedział:
- I to ci może daje prawo, żeby kraść moje nasienie?
Ona zamilkła na chwilę.
- Jakie nasienie, co ty gadasz?
- Gdzie są moje buty?
- Jakie nasienie, do cholery? – powtórzyła.
On znowu wstał.
- Nie udawaj teraz głupiej. Po cholerę ci moja prezerwatywa, co?
- Jaka twoja, moja jest! Ja kupiłam…
- Ale to, co jest w środku, należy do mnie, jasne? I nie rozumiem, po jakiego diabła wsadziłaś to sobie do zamrażarki…
Rosana zrobiła minę, że nie rozumie, o czym on mówi.
- Do zamrażarki?
- Między dwa pojemniki na lód.
- Zużytą gumkę?
- Tę – powiedział wyciągając jej prezerwatywę przed twarz. – No i co teraz powiesz, hę?
Poprawiła stopą podwinięty róg prześcieradła.
- A skąd wiesz, że twoja? – zapytała.
- Ma moje węzły.
- Prawie wszyscy faceci wiążą węzły.
- Ale nie dwa i nie takie. Nauczyłem się w wojsku.
Zaśmiała się. On dodał:
- Poza tym jeśli to nie moja, to gdzie ta jest moja?
Oboje spojrzeli na abażur lampki nocnej.
- Wziąłeś ją – powiedziała Rosana wskazując na jego dłonie. – No tu: ty ją masz.
- Wziąłem ją, ale z zamrażarki – powiedział Berto. – Jest zimna.
Ona zagryzła wargę.
- Czego to trzeba się nasłuchać… Żołnierz nie umie się bzykać, ale zawiązuje sobie gumkę w niepowtarzalny sposób i mierzy jej temperaturę… - powiedziała. – Niesamowity jesteś. Chodź, kładź się.
- Nie że nie umie się bzykać, bo to przez tę twoją chustkę, piecyk, te krany…
Rosana podciągnęła kołdrę, żeby się przykryć.
- No nic, widać, że się starasz, żebym cię nie zapomniała… - stwierdziła.
- Prowokujesz mnie? – zareagował Berto.
- Troszeczkę. Wyglądasz na takiego, co to jak mu fiut nie stanie, to serce zrobi to na pewno.
- Chcesz, żebym ci przywalił?
Rosana zamilkła. On zaczął przechadzać się po pokoju jak tygrys w klatce. Uderzał pięścią w drugą dłoń.
- Nie wiesz, kim jestem; niczego o mnie nie wiesz…
Twarz mu poczerwieniała.
- Co zamierzałaś zrobić? Odpowiadaj! Czego chciałaś?
- Tego samego, czego teraz chcę: spać – odpowiedziała rozciągając się ponownie na materacu.
- Wygląda na to, że nie przez całą noc chciałaś spać. W jakimś momencie zachciało ci się bawić w eksperymenty…
- Co ty gadasz, jakie eksperymenty… - Rosana poklepała niezajętą poduszkę dłonią pełną pierścionków ponawiając zaproszenie. – No chodź, daj spokój… O jakich ty gadasz eksperymentach?
Berto nie odzywał się.
- Nie wiem – powiedział. – Ty mi wytłumacz.
- Co ci mam tłumaczyć?
- Co zamierzałaś zrobić z moją pełną prezerwatywą. Z moją świeżo udojoną spermą.
Rosana zamrugała i przetarła twarz dłonią. Próbowała się podnieść. „Nie rozumiem, o jakiej spermie mi tu opowiadasz…”, odpowiedziała i zaraz ziewnęła. Ziewnięcie było tak długie, że starczyło mu czasu na schowanie prezerwatywy w kieszeni i wyjście na korytarz.
- Gdzie schowałaś moje buty?
Do jadalni wdzierało się światło poranka jeszcze silniejsze niż to w sypialni. Lekki wiatr poruszał trawami na zewnątrz. Ona wstała i podeszła do Berta od tyłu, objęła go.
- Nie jestem wariatem, jasne? Jesteś jedyną osobą oprócz mnie w tym mieszkaniu. Ja jej tam nie włożyłem. Więc to musiałaś być ty.
Ramiona Rosany zacisnęły się na jego piersi.
- A może pogadamy, jak zadzwoni budzik? – zasugerowała.
- Nie. Musisz mi wyjaśnić, co jest grane.
- Teraz?
- Tak.
Puściła go. Obrócił się i stanęli twarzami do siebie. Miała urażoną minę. Pogroziła mu wskazującym palcem, wyprostowanym i oskarżycielskim. Tylko na tym palcu miała trzy pierścionki.
- Sądzisz, że tylko ty używasz gumek w moim domu? Wydaje ci się, że byłam taka łatwa, bo jesteś jakiś szczególny?
Berto spuścił głowę.
- Co noc zaliczam jakiegoś faceta; jeśli nie wierzysz, idź sobie sprawdź w koszu na śmieci. Nawet się nie fatyguję z wynoszeniem śmieci, żeby następny nie widział tych gumek…
Berto miał wrażenie, że rytm kapania spowolniał, że gorąco coraz bardziej przedłużało ciszę między tymi małymi eksplozjami. Ona nagle się uśmiechnęła.
- Bardzo mi się podobało z tobą – powiedziała. – Jutro; a właściwie za chwilę, będziemy musieli wstać. Proszę, bądźmy rozsądni i wracajmy do łóżka, bo już się robi jasno.
Berto nie ruszył się z miejsca.
- Proszę – powtórzyła. – Potem będzie nowy dzień.
- I wtedy mi wyjaśnisz?
Rosana wzruszyła ramionami, jakby mówiąc, że tu nie ma niczego do wyjaśniania; ale powiedziała:
- Dobra.
Berto poszedł do łóżka z półprzymkniętymi oczami. Rozebrał się szybko; krople kapały tak rzadko, że wydało mu się, że przestały. Ostatnie, co zobaczył, to jego spodnie na stoliku i Rosana, naga i z chusteczką na szyi, wieszająca koc na pozbawionym rolet oknie. W pokoju zapadła ciemność. Usłyszał, jak ona zamyka drzwi i poczuł ciało kładące się obok. Wtedy wplątał się w ramiona i chude nogi kobiety, żeby dla pewności unieruchomić ją na czas snu. Wojak przybrał bojową postawę pod wpływem bliskości i choć ona wydała z siebie „Mnnn…”, Berto nie chciał tego usłyszeć. Zamierzał zbudzić się tylko jeśli zobaczy, że ona grzebie mu w wiszących na stoliku spodniach. A w tym celu ona musiałaby się wyplątać, wstać, obrócić, wziąć spodnie, potrząsnąć nimi, znów położyć się do łóżka, ponownie wplątać, udawać, że śpi. Berto udało się osiągnąć taki spokój, że nawet przyśnił mu się sen. Brzydki sen, jak wszystko w tym domu.
Stał paląc na balkonie swojego mieszkania, spokojnie, kiedy nagle dobiegł go szczęk kluczy otwierających drzwi wejściowe. Nikt prócz niego nie posiadał tych kluczy. Złodzieje. Położył palącego się papierosa na parapecie. Drzwi się uchyliły. Pojawił się w nich mężczyzna identyczny jak Berto. Miał taki sam breloczek z piłeczką obitą pinezkami, ubrany był tak samo, marszczył czoło z takim samym niesmakiem. Zatrzasnął drzwi jednym ruchem i ruszył prosto na balkon, żeby wyrzucić niedopałek przypalający mu już palce, na ciasne i wąskie podwórko. Papieros w przelocie otarł się o ucho Berta.
Zbudził się przestraszony. Ktoś stał obok łóżka w ciemności. Wyczuwał ruch. Pomyślał o swoim sobowtórze ze snu, z którym spotkał się twarzą w twarz, jak z odbiciem w lustrze. Namacał jej ciało, leżała obok, zaplątana, spała. Poczuł, że za jego plecami powietrze porusza się szybko, jakby napędzał je wentylator o ludzkim śmigle. Sięgnął ręką w stronę koca udającego zasłonę i coś – roślina?, zwierzę?, człowiek? – musnęło jego palce w mroku. To coś było żywe i emitowało więcej ciepła niż piecyk, było bardziej spocone niż ciało samego Berta. Wielki kot, pomyślał, ale bez sierści i z gęsią skórką. Wszystko to zdążył poczuć w trakcie tego błyskawicznego muśnięcia trwającego ledwie sekundę? Ubranie upadło na ziemię i wreszcie okrzyk wyrwał się z gardła Berta, który wstał i szarpnięciem zerwał koc.
Światło wypełniło wszystkie zakamarki pomieszczenia, jak jakiś detektyw szukający zabójcy. Rosana się obudziła. Berto nie przestawał powtarzać: „Ktoś tu był?”; znów się ubierał i krzyczał rozgorączkowany: „Ktoś, ktoś”. Od gorąca pękała mu głowa. „Dotknąłem go”. Ona wstała. Zasłaniając się prześcieradłem poszła do jadalni, wyjrzała na podwórko, sprawdziła w łazience i kuchni i wróciła do sypialni z podkrążonymi oczami.
- Nikogo nie ma – powiedziała.
- Ale ja go dotknąłem – mamrotał. – Był tu…
- Mieszkam sama.
- Ale ktoś tu był…
- Gdzie?
Twarz wykrzywił mu grymas desperacji. Był już ubrany. Nawet buty miał założone.
- Poszedł sobie? – zapytał.
Rosana westchnęła przeciągle. Prawie nie zmrużyła oka.
- Dobra, idę – powiedział.
Odprowadziła go do drzwi. Nacisnęła klamkę dłonią pełną pierścionków. Berto przystanął na chwilę, żeby namyślić się, czy może prowadzić auto czy nie. W tym stanie. Przez uchylone drzwi widać było część dachu torino coupe 380, zielonego postrachu przechodniów.
- Cześć – powiedziała Rosana.
Berto nawet nie odpowiedział. Wyszedł do ogródka porośniętego daliami i hortensjami, przeszedł przez furtkę między dwoma słupami zwieńczonymi betonowymi krasnalami. Krasnale pomalowano na biało. Namacał klucze w kieszeni, namacał portfel. Były na miejscu. Otworzył drzwi samochodu, wsiadł, zapalił. Pierwsze światła, po trzech przecznicach, zaskoczyły go. Wyhamował już na pasach dla pieszych. Wsunął dłonie do kieszeni, aż do dna. Pociągnął za podszewki, jedną po drugiej. Nie wszystko było na swoim miejscu. Brakowało prezerwatywy.

Traducción Tomasz Pindel


9.05.2007

DENTRO E FUORI

Il primo sogno lo feci il giorno che cominciai a lavorare da Gomez. Andavo sul mezzanino con una scala di legno. Accendevo la luce: era come una soffitta con robaccia, casse chiuse, ventilatori e bauli. Andavo su per cercare una gabbia come quelle che c’erano sul pavimento, impilate contro la parete destra della stanza. Le gabbie erano coperte da un lenzuolo sporco.
Strappai via il lenzuolo. Dietro le sbarre, inaspettatamente, vidi degli uccelli morti. Stecchiti, decomposti. Fu disgustoso, perché mi resi conto che le gabbie erano state messe via mentre gli uccelli pigolavano e che, dopo, sono morti di fame e oscurità e si sono decomposti sul fondo di latta. Dentro. Pensai alla follia di quegli uccelli. Lo raccontai a Gomez, ma non stette ad ascoltarmi.
Anche lavare il primo bobi fu un’esperienza disgustosa. Mi ero presentato per quel lavoro senza sapere di che si trattasse, al limite della fame e senza un centesimo. La paga era eccellente e il lavoro sembrava facile. Chi avrebbe mai sospettato di quei sogni? Quando terminai di lavare il primo, credetti che sarebbe stato impossibile rifarlo. E fu sempre così, ogni volta. “Non devi pensarci”, mi diceva Gomez. Era il proprietario dell’impresa, veniva sempre in completo e cravatta nera, con la pelata lucida, lucida. Come se la ungesse con olio.
-Non devi pensarci. Prima sono stati esseri umani, ma adesso sono oggetti. Io ho cominciato come voi, e sono ancora qui. Qualcuno lo deve pur fare.
Passò una barella con un corpo nudo coperto da un telo di plastica. Era un’anziana. Riuscii a vedere che aveva del sangue rappreso sotto il naso. L’uomo che spingeva la barella era nero. Mi guardò e rise (forse l’impressione che si rifletteva sul mio viso lo faceva ridere). Gomez fece scivolare la mano sotto il telo e diede dei colpetti sul ventre flaccido della vecchia. Il corpo vibrò.
-Anibal – disse al ragazzo -, lasciamela bella come una sposa.
E diede dei colpetti anche sulla spalla di Anibal.

Scoprii che Anibal rideva sempre. A prima vista sembrava essere un ragazzo grossolano e trasandato, alla fine risultò essere un buon collega. Mi spiegò un po’ di cose. Solitamente sono molto riservato e diffido degli estranei come del diavolo; ma con lui intavolai una relazione immediata. La sua risata sembrava orribile, malefica, ma forse era il male minore tra tutti quei mali.
Il sogno cominciò a ripetersi (era già la terza volta che lo facevo). Lo raccontai ad Anibal. Rise e mi disse di non farci caso.
-A volte si vedono delle cose – mi spiegò – ma non bisogna crederci. Le cose sembrano peggiori di quello che sono.
Entrammo nel laboratorio che mi era stato assegnato e le gambe cominciarono a tremarmi per l’eccitazione.

Restai solo. In quella stanza c’erano varie cose: un tavolinetto rivestito in formica imitazione legno, un lavabo, una grande vasca di ghisa, cinque barattoli, un flacone di disinfettante e il cadavere di un uomo nudo. I barattoli erano allineati lungo il bordo della vasca; il bobi stava dentro. Aprii il rubinetto. L’acqua colpì lo stomaco e mi sembrò di vedere una leggera contrazione della pelle. Il getto, massiccio e perforante, scavò una fossa a pochi centimetri dal suo ombelico, tanto che sembrava averne due.
Era un dettaglio strano. La pelle si corrucciava in pieghette, come le onde che si formano sulla superficie dell’acqua quando si tira un sasso. Era un morto piccolo e grasso, tipo Gomez. Aveva una cicatrice al basso ventre, risalente a qualche operazione, e pochissimi capelli. Rimasi a guardarlo per un bel po’, seduto sul bordo della vasca. M’immaginai fosse un ragioniere, ma sulla cartellina figurava solo il motivo della morte, scritto a mano. Non mi sforzai di leggerlo. Non mi interessava minimamente della morte, ero lì perché semplicemente non avevo trovato un altro lavoro. Era impossibile trovare qualcosa di più dignitoso. E adesso ti pulisco le ascelle, ciccio. Anibal mi raccontò di quando gli toccò lavare il portiere del suo palazzo. Solo una settimana prima si erano scontrati per non so quale sciocchezza degli ascensori; il portiere aveva gridato fino a seccarsi la gola.
-E poi vedi... – disse. Sorrideva parlando. – Prima o poi, passano per la spazzola di Anibal.
Come se lui fosse eterno, un po’ Dio. Strinsi la spazzola con furia, per non morire mai.

-Un bobi è pelle, ossa e tempo. Un bobi è poco tempo. È sgretolamento, putredine.
Mentre me lo diceva sfregava la forchetta contro il coltello. Quel momento era come un rito, ed era obbligatorio che tutti quelli che pulivano passassero da lui. Aveva spezzettato la bistecca in piccoli pezzi e si portava quei pezzetti alla bocca, insieme a una patata o una rondella di pomodoro che pescava direttamente dal vassoio.
-Un bobi è come un sacco di plastica della spazzatura. La pelle è il sacco. Il nostro compito è mostrare agli altri che il sacco è pulito come la neve. Che il contenuto non danneggia l’aspetto. Tutti sanno che dentro c’è la spazzatura. Ma quello è argomento per i vermi. I vermi divoreranno questa spazzatura.
Sentivo il suo masticare, e Gomez sembrava il re dei vermi, mentre divorava quella carne putrida.

“Mi avvicino alle gabbie coperte. La luce della soffitta lampeggia indecisa se mostrarmi quello che accadrà, quel che vedrò. Io non sospetto nulla. Le gabbie messe via sempre si coprono con un telo. A sua volta, con il tempo, la polvere coprirà il telo. Questa per esempio (è bianca, grigia, marrone?). Le dita mi si irrigidiscono al contatto con quella sostanza. Scorro il telo. Gli uccelli, sul pavimento di latta della gabbia, dormono il loro sonno eterno con i becchi aperti.”
Apro gli occhi. Ho le mani immerse dentro la vasca piena di acqua sporca. Tolgo il tappo. Nessuno sta guardando. Se so che mi stanno guardando non visualizzo una sola immagine.

Come galleggiano i morti? Che domanda. Spingendo con le mani nel mezzo della testa di questo frate (lo chiamo “frate” perché ha un circolo senza capelli e dei capelli abbastanza lunghi sui lati), lo sommergo fino a farlo sparire. I capelli che coprono le sue orecchie e la nuca mostrano un timido movimento. Galleggiano più placidamente del resto del corpo, come dicendo “sì, noi ne abbiamo ancora per un bel po’”. Quando allento la spinta, il corpo riprende la posizione iniziale.
Anche se mi hanno proibito di fare questa cosa di sommergere le teste, continuo a farlo. Quando si è soli, uno fa quanto gli è possibile per sfuggire alle regole.

La cosa più difficile è girarli. Annibal mi aveva detto: chiamami che ti aiuto. Mi era toccato un vecchio malmesso con metastasi multipla. Mi dava repulsione, e pensare che l’avevo già lavato. Credo che la cosa che mi faceva più schifo fosse sapere che aveva un cancro dentro. Come se il cancro fosse una bestia che da un momento all’altro potesse uscire dalla bocca e mordermi un braccio, contagiandomi la sua rabbia.
Quando andai a cercare Anibal nel suo laboratorio, lui stava lavando una ragazza. Mi arrabbiai, perché mi resi conto che a me passavano i peggiori. Gli chiesi se non si vergognava. L’acqua insaponata lasciava intravedere i seni eretti della ragazzina. Avrà avuto venticinque anni.
-Ah sì?- disse- Guarda che belle gambe che ha.
Sommersi le mani nell’acqua fino a toccare il fondo della vasca.
-Incidente di treno – concluse Anibal-. Si è dissanguata sulle rotaie.
L’avevano legata per i moncherini con un tirante incrociato sul petto, in modo che la testa restasse fuori dalla vasca.
Stavo tremando quando entrammo nel mio laboratorio. Anibal mi aiutò a girare il vecchio. Continuava a cagarsi addosso. Mi disse:
-Olio di gomito, solo questo, collega- e mi passò la spazzola.
Si riferiva al fatto che dovevo pulirlo dalla merda raschiandogli la pelle. Non riuscii.

“È una vecchietta molto dolce e sta piegata come una nonnina, dentro la vasca. L’acqua è tiepida. L’espressione mi ricorda mia nonna, o forse una vicina di mia nonna. Le labbra sono incollate. Il mento sfiora la superficie dell’acqua. Le verso colonia da uno dei barattoli: lavanda. Così sembra che sia più contenta, ma non lo è. È morta. Che gran furba. Devo aspettarmi parole dalla sua bocca di donna? Che mi racconti della sua vita, dei suoi figli e dei suoi amori? Tutto resta quieto, oscillando sull’acqua come la spazzola; quasi quieto. Che mi racconti di quel maschione che per la prima volta le succhiò queste tette penzolanti, questi due nidi abbandonati. Ma la sua bocca resta muta e il suo udito non risponde alla mia richiesta vicino il suo volto; io che mi bagno il mento nella sua acqua ultima. In quell’acqua che il suo tatto non sente. Nell’acqua che fu.”

Vidi Anibal parlare con il marito della ragazza che sembrava disperato. Si afferrava la testa con le mani e Anibal cercava di calmarlo. Fu proprio quando stavo per andarmene, stavo timbrando il cartellino, che sentii che gli diceva parole di conforto. L’uomo avrà avuto trenta anni e i nervi di uno squilibrato. Improvvisamente si girò e uscì correndo. Ne approfittai per salutare il mio collega che sorrideva.
-Sempre sorridente – gli dissi.
-Sì – disse lui.
-E quello? Lo hai spaventato?
-Come?
-Quello che è uscito correndo.
-Era il marito di quella del treno.
-L’avevo capito.
Infilai le mani nelle tasche e lui fece spallucce, tirando fuori il petto. Con un orgoglio inspiegabile, disse:
-Non sa che anch’io l’ho vista nuda.

C’era un gruppetto che affermava si essere scopato due o tre bobi, senza nessuno scrupolo. A me sembrava un argomento sinistro. Gomez non gli dava importanza. Lui osservava la vita dalla sua cravattina e, fin quando i soldi entravano, la sessualità del suo personale non lo riguardava. Anche se per me non si trattava di un problema strettamente etico, ma molto di più. Riguardava lo schifo nel suo senso più ampio.
-Inoltre – aggiunse uno dei nostri colleghi, uno così magro che sembrava non avere carne sulle ossa-, una volta si è scopato un ragazzino di quattordici anni. Un ragazzino morto di leucemia.
Lo guardai terrorizzato. Il tipo confermava qualsiasi sparata dicesse quello magro o Anibal. Faceva sì con la testa. Dissi:
-Deve essere brutto.
Il tipo fece una faccia indifferente e aggiunse:
-Se ti vedono sì.

Anibal, all’inizio, mi aveva detto di pregare affinché non arrivasse qualcuno con una malattia della pelle, perché me lo avrebbero passato “o sì, o sì”. Lo disse con la sicurezza di uno al quale era già toccato, nonostante la sua volontà, di lavare un lebbroso.
-Mi ricordo di uno che arrivò pieno di piaghe e foruncoli. Ero appena arrivato, così me lo lasciarono dentro la vasca. I foruncoli scoppiavano quando passavo la spazzola. E, come saprai, il pus è come la ruggine: non lo ferma niente.
Continuai a sognare quegli uccelli. Tutti i pomeriggi chiudevo la porta a chiave e mi stendevo accanto alla vasca, parallelamente al bobi, ma con la testa dall’altro lato. Mi abituai così; Anibal mi disse che lo facevano tutti. Era il pisolino. Persino Gomez andava a dormire.
-Nessuno rompe a nessuno. C’è un momento, in questo posto, nel quale siamo tutti morti.
Incrociavo le mani sul torace, imitando la posizione di un bobi nella bara.
-Perché pensi che li mettano in questo modo?
-Perché dormano più in pace.
Nonostante le mani incrociate sul petto, i sogni si fecero più realistici e disperati. “Non ce la faccio più!”, gridai ad Anibal, con il viso tirato dalla tensione. Lui sorrideva placido.
-A questa ora del pomeriggio- disse-, i tuoi uccelli ti salvano dal diventare come loro.


Gomez disse che la mattina avevano portato uno con tre spari: uno nel petto, uno nella spalla destra e il terzo in faccia, sotto lo zigomo sempre a destra. Le istruzioni erano: “veglia a cassa aperta”.
-E?
-Ho detto ad Anibal, che se la cava sempre, di sistemargli la faccia.
Anibal fece spallucce.
-E che hai fatto?
-Un ripieno di pasta marrone. Il tipo era un manovale della mafia. Mezzo cinese. Poi abbiamo aggiunto del trucco e lo abbiamo fatto asciugare. Prima lo avevamo lavato naturalmente. Quando si è asciugato il trucco, ho passato della paraffina. La faccia gli brillava come un bronzo. Era un’altra persona: la madre quando l’ha visto si è messa a piangere dall’emozione. Ti giuro: un manichino. Bello come un manichino da vetrina.

La mattina del martedì arrivò una irrigidita. Gli altri non mi avevano avvisato. Anibal, a un certo punto, sembrava stesse dicendomi qualcosa, ma si pentì e mi lasciò solo con la rigida nella vasca. Gli altri gli avevano proibito di avvisarmi. Aprii i rubinetti. La signora avrà avuto un settant’anni. Ero distratto perché cercavo di pensare ad altro. Principalmente ai miei sogni. Quindi appoggiai le mie mani sul suo addome pietrificato e le gambe le si piegarono con uno scatto. La paura mi fece scattare via dall’acqua andando a sbattere la testa sul lavandino. Restai steso sul pavimento, sanguinante. Loro, che erano rimasti nascosti dietro la porta, entrarono ridendo forte. Li vedo come esseri strani, selvaggi.
-Non bisogna distrarsi con quelli rigidi – sentenziò Gomez.
Anibal mi aiutò ad alzarmi, e aggiunse:
-Così si muovono i morti.
Quando mi tranquillizzai capii che avevo pagato lo scotto del nuovo arrivato. Il laboratorio era allagato e la bobi stava ancora lì con la testa eretta come un totem.

(Quando restai solo, le misi un dito tra le gambe. Le labbra erano dure. Il gesto mi eccitò. L’acqua tiepida ci dava la pelle d’oca, alla vecchia e a me. Mi fece un po’ paura e tolsi la mano. Il suo piccolo monte di venere entrava nel centro del mio palmo. Presi la spazzola. La strofinai, ma il rumore che si produsse mi fece estrarre le mani dall’acqua. La sua pelle era di pergamena: richiedeva carezze e non lo strofinio selvaggio della spazzola! Chiusi gli occhi senza arrivare a vedere le gabbie.)

Quando mi portano Ruben Fernandez, sapevo che sarebbe successo qualcosa. Aveva la fronte spaziosa e, fu una premonizione, mi sembrò che la cosa si sarebbe complicata. Non volli lavarlo, e Gomez mi urlò da quando potevo scegliere i cadaveri. C’era qualcosa in lui che non andava bene. Entrai nel laboratorio accecato dalla mia impotenza. Lessi i suoi dati cercando una risposta: CINQUANTESEI ANNI; ATTACCO CARDIACO PROVOCATO DA ASFISSIA. Aveva gli occhi aperti, con le palpebre bloccate nelle arcate oculari. Sembrava non voler accettare la morte. Come me, o come lo stesso Gomez. Lo toccai con diffidenza. Con la stessa diffidenza versai il disinfettante dalla bottiglia, fino a svuotarlo. Il suo membro era eretto, come un palo. Lo abbassavo e tornava a ergersi. Fu allora che sentii un gemito. Come un lamento che proveniva da un altro laboratorio. L’acqua si agitò come con un uragano. Un pugno energico e improvviso venne fuori dalla vasca, colpendomi sotto il mento. La mia faccia diede un quarto di giro verso la fronte del bobi che mi venne incontro, spaccò le mie labbra e mi fece affondare nell’acqua. Credo che persi coscienza e la recuperai nel giro di un secondo. Fu così vertiginoso che uscii da lì con un salto, senza capire. Il tipo si muoveva in una convulsione continua delle braccia e del torso, della testa e delle mani. Il grido fu mio o suo? Afferrai la bottiglia.
Gli altri mi trovarono con gli occhi sbarrati, sproloquiando e colpendolo a bottigliate in faccia fino a vederlo quieto e sanguinante, quieto e muto, quieto e morto ancora una volta. Anibal mi afferrò per le braccia. Non so come uscii da lì.

Mi svegliai la mattina seguente su un letto d’ospedale. Anibal stava seduto alla mia destra. Tubi di plastica entravano e uscivano dagli orifizi della mia faccia. Avevo sognato.
-Dove sono? – chiesi, e lui fece un gesto come per dirmi di star zitto. Il corpo mi doleva come se avessi avuto un incidente. Anibal disse qualcosa come per farmi stare tranquillo. Cercai di ricordare cosa fosse successo. Vidi i ragazzi attorno a me, in circolo, sostenendomi. Vidi uccelli spiaccicati sul fondo di una gabbia enorme. “Che è successo?”, mi sforzai di chiedere. Lui tornò a portarsi l’indice alle labbra affinché mantenessi la calma. Un’infermiera entrò e mi iniettò qualcosa nel braccio. Anibal fu cancellato insieme ai contorni della stanza.

Gli chiesi dei ragazzi. Mi avevano già tolto i tubi dalla faccia e potevo riconoscere le infermiere. Anibal era l’unico che veniva a farmi visita. Un brutto segno. Mi disse:
-Non vengono perché hanno paura.
-E il tipo?
-Che tipo?
Un nome e un cognome che avevo impresso nella mia memoria, di cui non sapevo nulla di più.
-Ruben –dissi.
-Che Ruben?
-Ruben Fernandez. Dimmi che è successo con quel tipo.
Anibal mi sostenne per le braccia come se potessi cadere giù.
-Non ti ricordi?
-No.
In quel momento entrò il medico che gli chiese di uscire dalla stanza. Il medico mi fece un paio di raccomandazioni e mi lasciò solo un’altra volta. Anibal aprì la porta e si avvicinò al mio letto.
-Dormi. È stato un caso unico di catalessi, come una specie di ipnosi dei sensi. Così ci ha detto quel coglione del medico. Non era mai successo e Gomez ci ha promesso che non accadrà più. È quasi impossibile. Dice di prenderti delle ferie. Che quello che è successo non è esistito. Che dimentichi.
-Perché?
-Dormi, non dirò più nulla.
-Per quanto tempo sono rimasto incosciente?
-Tre giorni.

Quella notte sognai un tipo con testa bendata. Stavamo a un incrocio di strade sterrate. Ero rimasto in una zona luminosa perché sentivo che qualcuno mi seguiva nell’oscurità. Mi girai. Il cielo era nero da far paura, dal nulla uscì il bendato. Portava una gabbia vuota e immediatamente si presentò.
-Fernadez – disse, porgendomi la mano destra. La strinsi senza esitare. Qualcosa scoppiò nella sua mano, qualcosa di molle, come frutta marcia. Mi mostrò il palmo aperto. Sangue e piume.

Il giorno dopo venne di nuovo Anibal a farmi visita. Io ero riuscito a inanellare quasi tutta la storia tramite domande alle infermiere e pezzi di ricordi che andavano affiorando. Mi portò dei fiori e la notizia che mi avrebbero dimesso da un momento all’altro. Non mi sentivo del tutto bene. Glielo dissi e lui mi spiegò che avevano bisogno del letto. Aggiunse che con i ragazzi mi stavano organizzando una “vacanza” tramite il sindacato, che ne avevo assolutamente bisogno. Gomez e gli altri la pensavano uguale. Gli dissi che non volevo andarmene in vacanza. Fece spallucce e parlò d’altro. Gli dissi che avevo fatto un sogno con quel tipo e gli chiesi come stava. Mi rispose bene, che non sapeva molto, ma pensava bene.
-Resuscitato una seconda volta – aggiunse.
-Non capisco.
-Quasi lo ammazzi. La bottiglia gocciolava sangue. Gli hai spaccato la testa con furia. In due. Sta ancora male.
-Chi lo ha visto?
-Noi, Gomez. Il tipo avrebbe potuto fargli uno di quei casini, invece ha preferito star zitto.
-Quindi?
-Quindi niente, si è salvato per la seconda volta. Ti capisco. Chi tollera l’idea che qualcuno possa ritornare? Nessuno. Anch’io lo avrei preso a bottigliate. Bisognava ucciderlo.
-I nervi, amico mio. La paura.
Anibal esitò.
-Non so – disse-, c’era più di questo. Hai passato il limite: colpivi e colpivi senza fermarti. Avevi gli occhi pieni di furia, non di paura.

Mi avevano informato che mi avrebbero dimesso il mattino seguente. Anibal stava lì con me. Si offrì di aiutarmi a raccogliere le mie cose. Avevo riflettuto molto sul tema della conversazione del giorno prima e provai a riprendere l’argomento. Lui era preoccupato della valigia e se mi avrebbero dato o meno l’ultima colazione. Lo chiese al medico che gli promise di sì.
-Voglio sapere di più del bobi! -gli gridai.
-Accidenti – disse -, che energia. Fa bene il medico a dimetterti.
Mi sedetti sul materasso, aspettando di ascoltarlo.
-Che vuoi sapere?- chiese.
-Qualcosa. Come sta, dove vive, che lavoro fa.
-Perché?
-Mi interessa.
-È sposato. Ha un’uccelleria nel quartiere di Balvanera.
Mi venne la pelle d’oca.
-Che ti succede?
-Niente – dissi -. Un negozio?
-Sì.

Quella notte sognai Fernandez, fermo al centro dell’incrocio. La luce del lampione gli faceva brillare la pelata. Il cerchio di luce sul pavimento era circondato da gabbie, che formavano un cilindro la cui altezza oscillava dai trenta ai settanta centimetri. Tutte coperte da stracci bianchi (ma lo stesso sapevo di che si trattava).
-Si prenda quella che vuole, ma non mi picchi.
Mi fece sorridere. Tra i due togliemmo gli stracci. Era un tipo simpatico, un bonaccione. Le porte delle gabbie erano spalancate. Dentro, solo uccelli morti. Lo guardai come per dirgli “che è successo”. Fece una faccia come per dire che non sapeva.
-Questa gabbia, per esempio, con questo pettirosso…
-Che ha che non va? – disse.
-Che è morto.
-Allora? Tutti siamo un po’ morti.
-Ma questo è morto del tutto.
-Non saprei. Toccalo.
Misi la mano dentro la gabbia. L’uccello si svegliò, aprendo le ali come se nascesse in quel momento, come una gran confusione, una paura espressa con le ali.

Alle undici del mattino lasciai l’ospedale. Tramite Anibal, Gomez mi fece sapere che ero sospeso dal lavoro non si sapeva fino a quando. Ero totalmente espulso dal luogo al quale non mi sognavo di tornare. La busta con il denaro mi ci voleva. Gomez, dopo tutto, era una brava persona. Anibal era d’accordo. Mi diede anche un biglietto per raggiungere la costa e un bigliettino scritto a mano. Pensai fosse l’indirizzo di Fernandez. Mi guardò senza capire.
-È la prenotazione di un hotel del sindacato che ha le finestre sulla spiaggia. Un regalo mio e degli altri ragazzi, affinché superi quel che t’è successo.
Ringraziai. Mi vestii ansioso come se avessi quindici anni e andassi alla mia prima festa. Ero completamente rimesso. Anibal mi disse:
-Adesso va a casa.
Lui sapeva cosa avevo intenzione di fare.
-E dopo te ne vai in vacanza. Non ti venga in mente di mettere piede a Balvanera.
Ma già avevo deciso. Ci demmo la mano nel momento in cui pensai “a mai più, Anibal”. Dava la mano con tanta mollezza che sembrava di stringere un pesce.
Controllai l’indirizzo chiamando Gomez. Lo feci cascare con una bugia infantile. Il negozio di uccelli era su via La Rioja; l’autobus 41 mi lasciò a due isolati. Osservai la vetrina dal marciapiede di fronte. Attraversai. Le gabbie stavano ammucchiate a decine, formando colonne di fil di ferro. Scheletri. Entrai.
Si avvicinò una signora. “Buonasera, di che ha bisogno?” Aveva il viso tondo e le guance paffute.
-Vorrei due merli in una gabbietta.
La signora introdusse la mano dentro una gabbia e gli uccelli si agitarono. Ne tirò fuori uno piccolo, nero.
-No, non ne voglio due uguali. Metta questo merlo e quell’altro giallo.
-È un canarino.
-Va bene, uguale.
La signora mi fissò come se qualcosa non quadrasse.
-Avrà bisogno di gabbie separate.
-No. Li metta dentro quella. – le ordinai.
-È molto piccola.
-Non importa.
-Non potranno sopravvivere. Gli uccelli hanno bisogno di spazio.
-Sono io il cliente e li voglio in una gabbia piccola.
La donna non capiva.
-Aspetti un momento – disse, e andò verso il retrobottega.
Gli uccelli facevano un rumore assordante. Riapparve, seguita dal marito. Restammo rigidi, fissandoci negli occhi.
-È meglio se te ne vai – le disse. Lei portò le mani giunte sulla bocca. Il rumore cesso di colpo. Lui girò la testa per guardarla con gravità e il corpo della signora finì sulla soglia della porta, come se l’avesse spinta con forza.
Fernandez tornò a fissarmi. La ferita era un solco largo che gli divideva la fronte in due, dal ponte del naso fino al principio della capigliatura sulla tempia destra. Disse:
-Ero prigioniero nel mio corpo, come in una cella. Ho visto come mi spazzolavi. Il sapone mi era entrato negli occhi e nella bocca, e per i pori assorbivo quei liquidi disinfettanti e canforati. Tutta quella pulizia che facevi. Mi chiesi che sarebbe successo quando avrei mosso il primo dito, quando avrei potuto sciogliere la voce.
Giocherellavo con una moneta sul bancone. Non sapevo che dire.
-Che non ti accada mai di volerti muovere e il tuo corpo non ti risponda.
-Cerca di capirmi – lo interruppi. La mia voce suonava come una supplica-. I nervi. Sono stati i nervi…
Si toccò la ferita.
-Perché tutta quella violenza?
-Non lo so.
-Perché sei venuto?
-A comprare degli uccelli.
-Non potranno vivere insieme. Vorranno ammazzarsi.
-A casa ho una gabbia più grande – mentii -. Non appena arrivo, passo il merlo lì.
Dubitò più che la moglie. Lei ricomparve da dietro facendosi scudo con le spalle del marito. Lui disse:
-Marisa, fa quello che ti chiede il signore.
E, rivolto a me, “buonasera”.
Uscii da lì con una gabbia in mano. Arrivai a casa. Un odore desertico riempiva lo spazio. Una collezione di umidità dimenticate: un muschio. Appoggiai la gabbia sul tavolo. Gli uccelli cinguettavano agitati. Pensai: “dovrei mostrar loro il mare prima, perché sappiano”. Perché prima vedano e dopo sognino. E non dimentichino mai. E si portino via questo ricordo infinito, esteso fino a limiti che mai raggiungerebbero da dietro le sbarre. Sollevai gli angoli della tovaglia fino a coprire la gabbia. Sembrava un pacchetto regalo, perché la tovaglia aveva una stampa a fiori molto allegri, come una carta per avvolgere oggetti allegri. Il biglietto per la costa stava nella mia tasca; la busta, dentro la valigia. Dalla porta, a vederli per l’ultima volta, supposi che avrebbero chiesto clemenza, da dentro la loro cassa rivestita di tela. Che chiedessero luce, acqua, cibo. Che chiedessero che restassi. Chiusi la porta.

(traducido por Salvo Tavella http://salvotavella.blogspot.com/ )


1.01.2007

ALUCINANTES CARACOLES

2 REYES, I, 26.

Los siento. Están ahí; empaquetados en celofanes, sostenidos por cintas de colores, etiquetados en cajas bajo vidrio y bajo llave, entalcadísimos para regalo (como alhajas demasiado valiosas); huecos de arena y de mar, mustios, ásperos, anticipadamente sombreados por la oscuridad de los placares que vendrán; solos y separados unos de otros por parecitas de cartón, clasificadísimos según la Enciclopedia Estudiantil y el Códex.
Mi hermano me mira con ojos tristes, de playas apagadas. Le digo algo que no oigo y que él tampoco oye. Ni esos caracoles que siguen ahí tan quietos, como corazas de monstruos ausentes. Como la caja que los envuelve; como la caja que nos envuelve a nosotros y nos aleja de todo, a mi hermano y a mí, como si quisiéramos salir y afuera no estuviera la playa y las cosas, y hubiera un solo vacío, un barro total, una lluvia sin fondo, la tierra de abajo de todos los bosques.
"Así no vale", me digo.
Así dejaron de ser alucinantes.

1
Llevé el caracol hasta donde él estaba y le dije:
- Encontré uno. ¿Sirve?
Le dije también que era de la primera franja. Habíamos dividido la playa en franjas de caracoles y le pusimos "uno" a la que estaba más cerca de la casa y "tres" a la que mojaba la orilla. Pero ahora había aparecido una nueva franja, y a mi hermano le daba fiebre tanto desorden. Estiró el brazo apoyando la mirada sobre la recta de la manga de su pulóver azul, para ver si estábamos en lo correcto. Yo dije: "Hay una nueva número uno". Él dijo: "Puta madre, se nos despelotaron todas las etiquetas".
Mi prima fue la que la descubrió. Siempre complicándolo todo, no sé para qué la trajimos. Da vueltas y se le vuela la pollera, del viento que hay. Ella también junta caracoles, pero se hace la que no sabe y junta cualquier cosa. Te viene con una pavadita rota como si hubiera encontrado una sirena. Encima quiere que la consideremos.
Ayer se me acercó con una piedra extraña, opaca y siena. Yo estaba caratulando las cajas de la colección. Al mediodía habíamos encontrado un caracol del tamaño de una moneda de diez, celeste. No se ven caracoles celestes, y este es celeste como un cielo. Hasta hoy no supimos qué nombre ponerle, porque en el Códex no aparece (se lo vamos a tener que inventar). Mi prima estaba ahí, parada, con eso sobre las manos abiertas y yo pensándole el nombre. Dejé de despegar las etiquetas engomadas para observarla con más detenimiento. Lo traía apoyado en un papelito. Me pareció tan raro que le hice una sonrisa que significaba la sorpresa de ver algo que todavía no teníamos, una piedra difícil de encontrar. Fui a tocarla como si se tratara de un diamante preciado, y cuando lo alcé se me hundieron los dedos. Era una masa fofa y desagradable.
- ¿Es un sorete de perro? - le pregunté.
- De perro no. Es un sorete de tu hermano. Acaba de depositarlo detrás de aquellos matorrales, para la colección.

2
Ella lo sigue a todas partes. Estuvimos cambiándole las etiquetas a los caracoles la noche entera, por ese descubrimiento que hicimos en el cual la franja uno pasaba a ser la franja dos, la dos la tres y la tres la cuatro. Le dije a mi hermano: "Pongámosle cero a la nueva, así no tenemos que tachar tanto". Él me contestó: "Eso carece de seriedad científica. Hagámoslo todo otra vez". A ella le encantó, y por esta bobada (tan fácil de arreglar) nos pasamos la noche en vela. Lo miraba y lo miraba, la guacha. Fijamente, con los ojos vueltos dos caracolazos brillantes, blancos con el bichito húmedo adentro, despierto, escarbador.
Yo le dije: "Este todavía no lo encontramos", y le señalé en el Códex uno rarísimo, grande como un puño y lleno de puntas.
- Es una concha -dijo mi hermano-, no un caracol. Una concha marina.
Mi prima se rio y a mí me dio una rabia bárbara, porque se le sentó sobre la falda, lo abrazó y le dijo:
- Lo que te falta a vos es una buena concha.
Se lo dijo al oído, pero lo suficientemente alto como para que yo escuchara. Lo hace a propósito, de jodida que es. Mi hermano paró de tipear y me preguntó qué nombre le poníamos al celeste. Yo estaba furioso y el corazón me latía como laten los peces recién pescados; yo mismo era ese gran pez arrancado del mar a tirones. Mojado y palpitante, con el día mordiendo del anzuelo y el sol sobre los ojos irritados, sin párpados, sin movimiento. Y luego sin escamas, sin tripas, sin espinas, sin cuerpo.
- Qué nombre le ponemos.
- ¿Cómo?
- Al caracol celeste. Tiene que existir un nombre para poder catalogarlo.
- No sé. A mí qué me decís. Preguntale a tu prima.
Después me quedé pensando un largo rato y no se me ocurrió nada, y me di cuenta de que tenía la mente muda, en cero, singularmente desnuda.

3
Nos repartimos las franjas para poder alejarnos, porque en los últimos días habíamos encontrado los mismos caracoles, y porque ya me estaba cansando de verla todo el tiempo con el viento volándole la pollera. Fue lo mejor que hicimos. Acabo de levantar uno que figura en la Enciclopedia Estudiantil y no en el Códex; de la sección "Fauna abisal", tomo III, fascículo 32, página 17, abajo cerca del ganchito. Me acuerdo bien. Es un Conus fino, con franjas horizontales blancas y negras y una modulación de textura en vertical. Por adentro todo plateado y liso. Medidas aproximadas: veinte milímetros por diez. Una joya.
Mi prima grita. Yo encontré uno divino y no hago escándalo, y ella viene corriendo por la arena dura y cuando llega me grita: "¿A que no sabés qué tengo?". Yo no la miro, ya me pudrió. Después me sale con cualquier cosa y me la tengo que aguantar por mi hermano.
- Mirame, che.
- Qué querés.
- Mirá qué caracol.
Sacó del bolsillo uno enorme, gris nacarado, como si estuviera haciendo un truco de magia y eso fuera un conejo, o una paloma, o un globo. Extraordinariamente aparecido. Una "Charonia tritonis" de un tamaño anormal para la orilla; le acerqué la regla y medí: ¡750 x 48 x 350 milímetros!
- ¿Adónde lo encontraste?
- Sorpresa. Se oye el ruido del mar.
Me lo arrimó a la oreja. Enseguida sentí el zumbido claro, bien caracol. "De estos no hay", le dije temblando, y me puse colorado porque supe que ese Charonia era fundamental para la colección, y no me animaba a pedírselo, después de tanto putearla toda la tarde.
- Ni mamada se los doy -dijo-. Es mío. Olelo. Tiene el olor del mar.
Me lo puso en la nariz; yo aspiré y me hizo toser. Estaba lleno de arena finísima, que volaba de nada. Tosí bastante, me picaba la nariz y ella me lo volvió a poner como una máscara. Yo no podía respirar sino eso; las rodillas se me vencieron y nos caímos hacia atrás los dos, jugando y tosiendo. Me empecé a reír, no sé por qué, y la ví a ella tan linda. El mar estaba lejos y cerca, porque no podía fijar la imagen y no me daba cuenta. El horizonte se me borraba del mareíto; ella me sacó el caracol y yo le grité "más, dame a oler otro poco". Já. "Qué mierda te importa la colección,” dijo, “volá que te va a hacer bien". "¡A VOLAR COMO LOS BERBERECHOS!", gritó, y a mí me hizo gracia, porque justo cuando pensaba "los berberechos qué van a volar", pasó volando uno y me echó la cagadita sobre la frente. Apoyé la espalda en la arena porque me caí cuando me vinieron ganas de vomitar o de hacer pis o de hacer cualquiera. Pasaba el cielo entero y yo así, acostado sin saber, y los bivalvos allá por la orilla, y ella también oliendo su caracol, riéndose conmigo, bajandome la malla y chupando, ella pulpo calamar ventosa agua fondo sueño adiós mundo real.

4
Cuando me desperté, ya se había ido. El dolor de cabeza me filtraba el resto del cuerpo; cada movimiento, cada idea me dolía paralelamente conectada con aquel dolor principal, con el dolor madre de todos los otros. Lo primero que busqué fue el caracol; girando el cuello abrí los ojos una y otra vez y sentí el cansancio claro, y un desdoblamiento de mi ser que se volvía a recostar, pesada y lentamente, sobre la arena. "La resaca del infierno de mierda de la prima", pensé, y no me atreví a decirlo por temor a escucharme distinto, quizás con voz de pájaro, aguda y estúpida. "Ella es una voz de pájaro, me dije, ¿cómo se puede ser aguda y estúpida a la vez? Así, veanlá". Yo me hablaba callado, estremecido, en pelotas porque se había robado mi malla y la puta madre que la parió. Otra vez esta rabia que es un dardo acertando en el despertar desnudo y fisurado, arrastrando como un gasterópodo sin coraza el estómago sobre la playa. Sin caracol. De nuevo reptando sobre la franja dos, sobre la tres generosa de mejillones vacíos y medias ostras y agujeritos con burbuja para pescar almejas; de nuevo el mar proveedor único de interminables colecciones, de hondas cosmogonías sin fin, de arquitecturas enigmáticas y abismales. ¿Cuánto habría dormido? ¿Un minuto, una hora? ¿Adónde estaba ella? La intrusa.

Allá a lo lejos estaba la malla. Se dio cuenta porque a él nadie lo engañaba así nomás, porque para eso era el menor de los Nilsen; qué joder, ¿no? Tenía una vista bárbara, y a la malla le daba justo el recorte del médano contra el cielo. "Ni a mí ni a mi hermano nos importa ella, que es una cosa que da vueltas por acompañar a la pollera, ¿no? Ni siquiera es un caracol, que también es una cosa pero con importancia, digna de guardarse en una caja de cartón con una vitrina arriba, para mostrar". Él sabe de qué habla cuando sube al médano, porque la respiración se le junta en el pecho y tiene que soltarla de algún modo, y salen algunas quejas. Siempre pasa. Se pone la malla y allá abajo, como a cincuenta metros, ve la pollera. Sobre un arbusto de fijación. Eduardo Nilsen sonríe y su cara se transforma en un grito que se estira y estira cuando corre como un chico, hundiéndose en la arena que baja por la pendiente casi a pique; se ata la pollera a la cintura gritando y más allá, a veinte o treinta metros de subida por el médano, su blusa roja. Ya se ríe a carcajadas y trepa, ya se cae, ya sigue trepando. Se mete los brazos de la blusa por las piernas como si fueran pantalones; en el esfuerzo descose una de las mangas y le queda una bolsa roja colgando. Y le estalla la piel del pecho en una respiración agitada entre el ahogo de la risa y las corridas. Pero sigue, sigue corriendo hasta el corpiño que está abajo y hasta la tanguita mínima que está arriba otra vez, casi escondida, pero que él descubre con su vista formidable de buscador de caracoles. Y aquí llega, la cara y las manos prendidas a los arbustos, asmático, pidiéndole aire al aire, a la playa, a la prima que está jugando tan regalada con su hermano Cristián como una injuria, como una humillación, como una mancha en mitad de la colección. Es un molusco prendido con sus tentáculos abyectos y su lengua, en el pozo del médano que él está mirando, y por el que ya le explotan los ojos de envidia.
A su derecha estaba el caracolazo. Lo agarró sobresaltado, jadeante; se los iba a tirar pero no, mejor adentro de la pollera, porque la colección es lo más importante. Al fin y al cabo, era lo que tenían que hacer. ¡Tantas horas compartidas en el rigor de la clasificación! Sólo ellos sabían las que habían pasado y los caracoles estaban ahí, siempre ahí, quietos. Y otros en el mar que lleva y trae, y otros en las profundidades o en el Códex. Jugando a descubrir y a ser descubiertos, al conquilólogo y a la concha peluda, ¡como juega Cristián! Já. Da vuelta el caracol y lo examina ("una Charonia tritonis de locos", pensó); con la punta de la uña le rasqueteó el esmalte que salía tan fácil que parecía barniz. "Es la abombada ésta que no lo deja tranquilo. Y que me distrae a mí también, para qué mentir (¿le cuento o no le cuento que ella anduvo por entre mis cosas haciéndome cosquillitas con saliva?)". Tiene algo escrito en letra cursiva, el caracol. "El me debería haber dicho: Si la querés, usala. Así, directamente. Porque es nuestra prima pero no sé de quién es más, o mejor dicho sí, sé. Y sé también que nos saca de tema todo el tiempo, y que me volvió a pudrir. Porque el cartelito, este cartelito de acá abajo; mirá, te digo que mirés, Eduardo, ¿ves?, este cartel impreso a la orilla del caracol dice muy claro de quién; leé, volvé a leer. "Recuerdo de Miramar", dice. Y capaz que era el pie de un velador y todo; ¿que no?, ¿y para qué va a tener ese agujero ahí abajo, sino para pasar el cable?"

5
Ella paseaba por afuera dándole vueltas y más vueltas a la pollera azul; Cristián alzaba tabiques de cartón que previamente había cortado con un escarpelo, cementados formando nichos grises para quién sabe qué nuevos cadáveres de mar, pensó Eduardo, que la miraba pegado al vidrio, mordiéndose las lágrimas. La miraba fijamente, como si quisiera ver a través de ella, a través de esa pollera inquieta, el fondo del océano. Y sus infinitos peces y sus caracoles.
- Tiene que irse- dijo, y parecía que ya lo había dicho antes, porque su hermano no lo miraba y el deseo se le venía a los ojos inyectándoselos de sangre y ganas; recordándole la sentencia (tienequeirsetienequeir), sintiéndola otra vez hecha un latigazo firme de viento sobre su cara. El mismo viento que le volaba la pollera y remontaba todas las palabras viejas, detrás del movimiento de la tela. Los dos habían fracasado, habían hecho trampa y eso abría un tajo entre ellos, que se parecía mucho al tajo que la prima llevaba incrustado entre las piernas, a ese caracol secreto con la babosa adentro, extraño a todas las colecciones y al Códex.
Cristián pensó: "por favor, que no se vaya, porque estoy enamorado". Casi lo dijo. El aire era como una masa densa de agua salada, inmóvil y oscura. Podía decirse cualquier cosa, que todo daba lo mismo; apenas si se oía el repiqueteo de los marcos agitados de las ventanas y un sordo y apagado ruido a mar, lejano, bien adentro del día.
Su hermano Eduardo se maldijo a sí mismo por lo que estaba queriendo en ese instante, por lo que le pasaba por la cabeza al verla rodar con su pollera azul marino sobre la franja dos, sobre la dos y la uno; casi dijo algo pero se lo calló, porque el agua le daba en la cara y porque las lágrimas mordidas no le surgían por nada del mundo. Por nada del mundo. Entonces le arrancó el celofán a una caja de rabia; los caracoles cayeron liberados al suelo y fueron una cascada, un rumor de agua adentro del agua, una ola. "Este es mío y éste también. Yo los encontré. Son míos. Los quiero sin etiquetas, ni carteles, ni Códex. Voy a devolverlos a la playa, que es adonde deben estar". Le puso el pie arriba al celeste que todavía no tenía nombre. Su hermano dijo: "No vale la pena, Eduardo. Pucha, una vez que estábamos de acuerdo..." Le apoyó encima todo el peso del cuerpo y el caracol sonó.
- Nos olvidamos de la colección -dijo, descubriendo con el pie los pedazos rotos.
- Sí.
Ella los miraba a través del vidrio y sonreía; a Eduardo se le ocurrió que porque era parte de otra cosa, porque estaba loca y afuera de la casa, allá.
- Yo también estoy enamorado -dijo, de rabia. Y estuvieron un rato callados, calladísimos, hasta que ella entró a la casa.
- ¿Qué pasa? -preguntó.
El silencio los tenía agarrados de las manos. Cristián dijo:
- Tenés que irte.
- ¿Por qué?
- Porque sí.

6
Desde la ventana la vieron sacarse la blusa y el corpiño; la pollera solamente se la alzó. No tenía ropa debajo. Se dio vuelta para verlos con sus ojos grises, copiados del cielo que se estaba nublando. Después empezó a caminar hacia adentro, y Eduardo lo vio gritar a su hermano sin escuchar el grito. Fue en un momento bastante trágico, porque el agua le llegó a la cintura y la pollera parecía una bandera que flotaba, el símbolo de un naufragio. Ellos sintieron el frescor entre las piernas y un calor intenso en la cara y en las manos. El mar estaba plano, raro; una impresión inolvidable. Tanto tiempo viviendo en esta casa y un día, por ponerse a juntar piedras, se olvidaron del mar. Y ahora parece recién estrenado, detenido, con una prima adentro y los caracoles caídos en el parquet.
Cristián salió, aturdido; su hermano salió detrás por precaución, por si se confundía y se volvía loco de repente, ¿no? Puede pasar. Pero se cayó arrodillado sobre la arena, nomás, a dos pasos de la puerta, y sus ojos fijos se quedaron enredados en el último rastro del pelo de ella. Después se acabó todo, y lo vio largar el llanto con la cara pegada a la playa. Entonces se volvió, caminando y mirando siempre hacia abajo porque el reflejo del mar le irritaba los ojos, y hubiera parecido que él también estaba llorando. Mirando siempre hacia abajo para buscar, ¿no?, y pensando siempre hacia abajo. "Chau colección", pensando. ¿Para qué alzar la vista si en una piedra está todo escrito? Por qué llorás, Cristián, si en esa ola que se empieza a mover estamos nosotros y ella y la colección y la playa y la ola misma, alguien nos clasificó y por eso estamos. Tu propio llanto, el pozo que ahora escarbás en la arena, el objeto que ahora levantás con tanta delicadeza, tu mano semiabierta, tu mirada científica escudriñándolo milímetro a milímetro, tu ojo abierto y tu ojo cerrado, tu pestañeo, tu pestaña, la mitad de tu pestaña, la mitad de la mitad, Cristián.
Sonrieron. Él metió la punta de la lengua en una hendija que dejó entre el índice y el mayor, lamiendo el objeto encerrado con las mejillas chispeantes de lujuria. Un hilo de baba le colgaba desde el labio y se metía en el hueco interior de las dos manos, pasando por entre la hendija de los dedos. Eduardo se acercó.
- ¿Qué es? -le dijo.
La baba era el tobogán de otras gotas mínimas de saliva que se deslizaban desde la punta de la lengua, y que hacían reflejos divertidos de sol, tanto que Eduardo supuso que su hermano tendría fulgores de estrellas guardadas en la boca, que iba largando para darle de comer al objeto de adentro de las manos.
- Qué guardás, che. Dejame ver.
- Un caracol.

Dedicado al señor Borges


10.08.2006

LOS CARACOLES DE LA TAPA / PLAYA QUEMADA





5.15.2006

IL FIORE AZTECO

PREMESSA

I migliori rapporti sessuali che ho avuto con la mia mano destra li devo a “il fiore azteco”. Ma non al fiore di cui mi parlava la nonna, quello del Parco Giapponese (una testa parlante poggiata su un vassoio); proprio a quello, invece, che appare disegnato nel libro di magia: sorridente, occhi neri e braccia incrociate, il corpo sezionato a metà e poggiato su un tavolino. L’illusione è quella di mezza donna viva, dalla cintola in su. Si vedono le quattro gambe del tavolino (questa è la parte più difficile, io riesco a farne vedere solo tre, la complicata disposizione degli specchi per me è ancora ostica), e il taglio del corpo, o per meglio dire, la sezione, come posata su un vassoio da cameriere. La mezza donna indossa un piccolo top e un leggero scialle che lascia appena indovinare la forma del seno: piccolo, va detto. Tiene le braccia conserte proprio al disotto di quelle tettine. La pelle ha il colore giallo dei fogli del libro, lo stesso della pelle del tavolo. Sembrano pergamene.
Amo quell’adolescente di pagina 226; l’ho amata da sempre. E lei, tranquilla, muta, incisa nel foglio. Senza gambe, senza fianchi. Trenta linee curve e due macchie al posto degli occhi.


PRIMA PARTE

UNDICI ANNI


Sono un ragazzo e ho le mani piccole. Forse troppo.
E sembra che gli strumenti di magia siano stati progettati in scala spropositata, per mani adulte. I globi mi scivolano via, le carte mi cadono proprio quando voglio che rimangano ben appiccicate, le palline da ping pong girano senza moltiplicarsi tra le mie dita ancora sottili e finiscono per rimbalzare sul pavimento.
E poi, quando esco di scena, ho il cuore che mi batte forte. Come se avessi un febbrone da cavallo.

Lo sguardo della gente è come quello dei riflettori, solo che gli spettatori sono sempre in agguato, cercano sempre di capire dov'è il trucco. E’ per questo che la magia mi piace da impazzire. Invidio, e una volta vorrei provarla, quella sensazione di impotenza del pubblico, quel non riuscire a capire come si fa; mi piacerebbe stare dall’altra parte e percepire che il trucco c’è ma che proprio non si riesce a vedere. “Niente da questa parte, niente da quest’altra”; e si sa che non è vero, si intuisce, ma come si fa a non credere ai propri occhi?
Lo spettacolino è organizzato nel garage di casa, per la gente del quartiere. Ho undici anni e vivo con la nonna. Stringo la bacchetta con forza. La nonna siede in mezzo a tutti i presenti sulla sua sedia a dondolo e tiene, appoggiato sulla gonna, un cavo elettrico con l’interruttore. I bambini sono seduti per terra, di fronte a me. In fondo ci sono alcuni vicini di casa, della mia età, che si divertono a prendersi a spintoni. Ultima, in un angolo, Maria Marta, che ha compiuto quindici anni la settimana scorsa e mi ha invitato a ballare alla sua festa. La bacchetta è un pezzo di manico di scopa dipinto di nero e foderato alle estremità con carta stagnola. Faccio penzolare dalla mia mano sinistra la silhouette di un pesce, ritagliato da una pagina del giornale La Nación, una di quelle degli annunci economici. Sostengo il pesce per la coda. Dico, impostando la voce (una voce speciale per Maria Marta, che si appoggia con tanta grazia contro la parete del mio garage; per le sue spalle, per le sue braccia, per i suoi fianchi):
- Signore e signori, vorrei oggi raccontare alle illustrissime eccellenze vostre la storia di un pescatore…
La nonna attenua la luce.
- …che estrasse dalle acque un pesce di questa dimensione. ”Capitò mai a vossignoria”, mi chiese il pescatore, e a voi lo chiedo io immantinente, “di vedere un pesce cosí grande?”.
La silhouette rappresenta un pesce di media grandezza, quanto lo può permettere la pagina doppia del quotidiano tagliata in diagonale. Veramente in qualche pescheria avevo visto pesci anche più grandi, o quanto meno della stessa dimensione, ma il bello era modulare la voce perché quello che tenevo in mano sembrasse il pesce più grande del mondo. I bambini dicono: “Sííííí”, gridando come ossessi. Scalpitano e si muovono nella semipenombra come animalini ciechi sotto una coperta.
- “Per me, non è poi cosí grande”, dissi al pescatore, e questi allora si pentí della sua menzogna. “Signore, mi rispose, ha proprio ragione. Se devo essere sincero, credo che in fondo non sia poi così grande”.
Piego il pesce a metà, poso la bacchetta su un leggio e afferro un paio di forbici. Mi dispongo ad accorciarlo tagliandone un pezzetto, e Maria Marta se ne esce lí, dal fondo, con una domanda che mi colpisce come una stilettata:
- Perché questo bimbo parla così difficile?
È in piedi; la voce giunge chiara. La nonna e alcuni ragazzi girano la testa. Lascio cadere il pezzo di carta a terra, torno a riprendere il pesce soltanto per la coda e lo sciolgo. La silhouette si dispiega conservando la sua forma originaria.
- Ancora stupito -dico, imbaldanzito dal buon esito del trucco-, avvertii il mio pescatore di poc’anzi con queste parole: “Gagliardo cavaliere, è che ancora non mi sembra tanto grande”.
- Che stupidaggine…
Lei cerca di nuovo di interrompere, senza averne il diritto. Il libro di magia è importato dalla Spagna, per questo ha un linguaggio cosí aulico. Devo sopportare questa mancanza di rispetto dopo aver imparato a memoria tutti i dialoghi, ogni battuta, ogni posizione che i tomi della Jackson suggerivano? Ore e ore di studio, che caspita!
La guardo male, con gli occhi a fessura. Ma che vuole, che sta cercando quella maleducata? E proprio lei, la figlia del falegname... Già troppo se li avevo invitati, lei e suo fratello, che ha quasi la mia età ma ancora non sa neanche ballare. Maria Marta alza le spalle, come se ora la cosa non le importasse più di tanto. Io piego di nuovo il pesce a metà, taglio un altro pezzo e lo dispiego. E ancora una volta appare intero, ma più piccolo. Avevo passato tutto il pomeriggio spalmando la superficie posteriore della carta con un tubetto di colla, perché si vedesse sempre intero. Durante le prove mi era riuscito bene quasi tutte le volte.
- “Come lo vedete ora, vossignoria?”, osó domandarmi il pescatore. “Male, truffatore. Non sarò certo vittima dei vostri sotterfugi. Il pesce era più piccolo”.
Lo piego per fare l’ultimo taglio e Maria Marta grida: “BUUUU”. Perfino i bambini piccoli girano la testa. La nonna aumenta un po’ la luce.
- Che succede? -le dico.
- Parla da cristiano, salame -grida.
Il coro dei bambini ripete: “salame, salame”. Guardo la nonna e indovino che persino lei lo sta pensando, che sono un salame, perché spalanca la bocca come per darsi un contegno, ma in realtà per reprimere una grassa risata. Le dico che, per favore, abbassi di nuovo la luce. Stringo i pezzi di carta, la testa e la coda del pesce una sopra l’altra ben pigiate, in modo che s’incollino su un pacchettino piegato che, da prima dell’inizio della rappresentazione, è nascosto dietro la testa del pesce. Questo pacchettino è carta raccolta a fisarmonica che simula le vertebre e le spine del pesce. Il bello del trucco sta proprio nell’accorciare sempre più il corpo fino a che non rimane più nulla, e alla fine far dire al pescatore, fermo nella sua ostinazione: “Io l’ho mangiato, e senza dubbio alcuno so che era di codesta dimensione, benché non lo crediate”.
E a questo punto, dispiegare lo scheletro, come una ghirlanda, fino a terra. Le spine attaccate alla coda e alla testa avrebbero fatto un’impressione straordinaria, soprattutto fra i bambini. E il discorso, con quei dialoghi pomposi, era anche pensato per la nonna, che era spagnola e avrebbe apprezzato di più quel linguaggio, non quello che usavamo noi nella strada. Anche se certo suonava strano nella bocca di un piccolo bonaerense di periferia. Perché era il vero linguaggio, quello, il linguaggio dei libri e in particolare quello de L’Apprendista Mago, tomo I della Biblioteca di Giochi e Illusionismo di Barcellona; una lingua sonora e rotonda, adatta ad essere pronunciata di fronte a un pubblico. Beh, questo era lo spettacolo, anche se a Maria Marta sembrava una grande stupidaggine degna di un “salame”.
Dispiego il pesce tenendo gli occhi fissi sull’angolo opposto ai suoi occhi. Vorrei scappare via da tutti questi occhi che mi inchiodano ridicolizzandomi, sottoponendomi a questa umiliazione, a questa piccola enorme umiliazione dello scheletro che non vuole incollarsi alla coda, che si incastra a metà della piega e si rompe, che mi lascia con la pinna in mano e una minima parte di lisca centrale pendente, indifesa. La testa cade giù con il resto del pacchetto.
Applaudono lo stesso. Come se alla fine non gli interessava altro che passare un po’ di tempo, cosí, con qualunque cosa. La nonna ride, tenendosi la pancia. Con quel dondolio della sedia a dondolo sembra un’indovina con la sua palla di vetro.
- Andate via -grido a tutti, arrabbiatissimo. Tutti tacciono.
Grido di nuovo. La rabbia mi trapassa, attraverso gli occhi, e si espande nel mio cervello, prendendone possesso. Sono violento come soltanto un mago di undici anni può esserlo.
Due vicini aiutano la nonna ad alzarsi; neanche lei riesce a farla finita con quelle risate. Uno ad uno sgombrano il garage. Alla fine rimaniamo Maria Marta, suo fratello ed io. Lei si avvicina fino a che la distanza che ci separa non è che appena di due mattonelle.
- Vattene -le dico, coprendomi la faccia con le mani.
- Non c’è niente da piangere -. La sua voce è una leggera carezza.
Perché si era fissata tanto su come pronunciavo le parole, sul linguaggio delle cose che dicevo? La cosa fondamentale era quello che si stava facendo, la magia stessa. Trasformare un pesce in uno scheletro di pesce “per condividere momenti gradevoli insieme agli spettatori”.
- Vattene -ripeto, ma lei si avvicina di una mattonella. Mi mette una mano in mezzo alle gambe, poggiandola sul pantalone di tela che uso per andare a scuola. Carlitos rimane indietro; si è messo in testa il cilindro di cartoncino nero e fa lo spadaccino con il manico di scopa.
- Che fai? -le dico.
Sento il tepore che nasce da quel movimento primario, da quella specie di impasto in lievitazione che lei è riuscita ad ottenere. Me lo sento crescere dentro la sua mano e mi stringo al suo corpo per bloccarlo, per non perdere questo calore che prima o poi sparirà, come tutte le cose. È bello. È leggero. Appoggio il mio viso sui rigonfiamenti della sua maglietta e ripenso alla musica della festa del suo compleanno. Un valzer. L’altra sua mano sulla mia spalla; il suo profumo; i suoi capelli. Un suo attimo di incertezza, poi un suo passo indietro che fa ricomparire sul pavimento e tra noi una mattonella, due. La sua voce che mi parla con dolcezza, come per chiedermi scusa per aver smesso di ballare.
- Hai visto che anch’io conosco qualche trucco? -dice.
Sorride come una ragazza grande.
- Quello che ti manca è una partner - aggiunge-, come quelle dei maghi della tivvù. Il fiore azteco, che mio padre nomina sempre.
Suo fratello usa la bacchetta magica per sbatterla contro il leggio che io stesso avevo costruito con il legno delle cassette di marmellata, seguendo per filo e per segno le istruzioni della rivista Lúpin. Allungo la mano e gli tolgo di testa il cilindro.
-Donne no -dico a Maria Marta.
Lei alza le spalle, tira via Carlitos per il braccio ed escono senza far rumore. Rimango solo, i trucchi sono tutti per terra, le sedie in disordine. Le mutande bagnate.


TREDICI ANNI

Maria Marta aveva ormai sedici anni e mi sembrava una tonta, ma proprio tonta, anche se dovevo riconoscere che la sua tontaggine era cresciuta in maniera proporzionale alla dimensione delle tette che si ritrovava. Aveva il più bel paio di tette del quartiere. Veniva al garage con la minigonna e la maglietta ben aderente, perché sapeva bene quello che piaceva a me e ai miei compagni di scuola. Direi che condividevamo un’amicizia speciale, basata sulla seduzione permanente della prestidigitazione. Per esempio: a lei piaceva ricevere in regalo un fiore che nasceva dall’aria, o da dietro la sua testa, come per incanto. Io capivo che le piacevano quelle cose perché voleva in tutti i modi crederci. Non c’è trucco, magari pensava col suo piccolo cervello d’oca. E poi, dopo lo sforzo di un pensiero, tornava al niente, alla linea bianca dell’encefalogramma piatto.
Cominciai a diventare amico di Carlitos a metà della seconda media. Io ero un po’ preoccupato perché non riuscivo proprio a ficcarmi nella zucca tutti i nomi dei padri della patria, né le date di Storia né le capitali in Geografia. “Primo Governo Nazionale: Rappresentanti!”. E bisognava snocciolarli uno dopo l’altro.
Una mattina facevamo colazione nella cucina della nonna, e Carlos mi disse che poteva inventarsi un verso con un trucco per ricordare tutti i nomi dei padri della patria. Una cosa facile, e anche divertente. Prese un tovagliolino di carta e scrisse:
“BELGRANO CAGÓ DIARREA, MÁS CAGÓ ALBERTI”.
Spiegò:
- BELGRANO è Belgrano. CA-gó è Castelli, DIARREA è Larrea, MÁS è per una parte MAtheu e per l’altro AS è AZcuénaga. Infine ALBERTI è Alberti. Tutto qui.
Mentre inzuppavo il pane nella tazza del caffellatte, pensavo che certo sarebbe stato più difficile ricordarsi tutta questa tiritera che non i sei nomi a memoria. Comunque da quella volta in poi cominciammo a far versi con tutte le cose. Era come preparare un trucco.
Más cagó Alberti.


Durante le vacanze di quell’anno ebbi il mio primo contatto serio con il fiore azteco. Fu in un libro senza copertina e con la controcopertina azzurra, della Editorial Tor, che spiegava grandi passaggi dei più importanti artisti dell’illusionismo. Lo avevo comprato per quattro soldi in un locale di libri usati vicino alla stazione. Il fiore azteco era uno degli ultimi trucchi. L’idea del gioco era quella di esibire mezza signorina sorridente, tagliata all’altezza dell’ombelico, su un tavolino. Una doppia superficie riflettente dissimulava la presenza delle gambe sotto il tavolino. La donna si muoveva, parlava. Il libro utilizzava più di dieci pagine per descrivere le varianti nella disposizione degli specchi ma nemmeno mezza riga dedicata al copione, a quel che si doveva dire durante lo spettacolo, e io non riuscivo proprio a immaginarmelo. Neanche L’ultima parola della magia e dell’occultismo, della Editorial Caymi, spiegava bene i dettagli:
“Quando fu inventato questo gioco, molto tempo fa, fu chiamato con il nome di Fátima. In Messico prese il nome di ‘fiore azteco’. È una variante del ‘Decapitato’ e la sua rappresentazione è identica, essendo una illusione comunque più gradevole di quella della testa sola, che risulta sempre lugubre. Se la donna indovina che ne assume il ruolo è bella, l’esperimento avrà un esito straordinario…”
Rilessi il “Decapitato”, cercando un commento, un’indicazione, qualche dettaglio in più. Le altre varianti come “Madame Crisantema” o “Amaltea, la Sibilla di Cuma” non aggiungevano granché.
Carlitos prese il libro, guardó la figura 344 e disse che era proprio impressionante. Per lui, il solo fatto che il pubblico la vedesse viva già bastava.
- Qui dice che è indovina -aggiunse.
Non mi convinceva.
- E che indovinerá?
- Non so. Forse i nomi della gente. O starà lí, bendata, come una telepata, e andrá dicendo quali oggetti stanno sollevando le persone che si prestano a collaborare.
Mi restituí il libro. Io rimasi a guardare la figura in silenzio.
- E che c’entra la mancanza di gambe con la divinazione? -dissi-. Essere senza gambe le darà chiaroveggenza?
Carlitos ci pensó su.
- Magari c’entra qualcosa il Messico.


Maria Marta, per venire alla rappresentazione, si era truccata gli occhi e si era data il rossetto sulle labbra. C’erano anche il vicino della casa d’angolo, quella faccia da pappagallo che abita a metà strada col suo fidanzato pieno di brufoli, i fratellini Martínez, la cilena del negozio di alimentari, le ragazze Rapazzo (la più grande con un bebé in braccio), la tipa che abita di fronte, anche lei ragazza madre ma in preda all’amarezza e ai sensi di colpa perché aveva regalato il bambino, la vecchia Lavandina e la nonna. Il barbone della strada si affacciava dalla soglia per guardare. Quello che ci separava dal suo corpo era soltanto una questione di odori; per questo non lo facevamo entrare.
La nonna ordinó che chiudessero la finestra. Spense le luci col suo interruttore e chiese silenzio. Per l’esattezza gridó: “TUTTI ZITTI!”. Accese il riflettore rosso e io, che stavo seduto su uno sgabello guardando il pavimento con fare pensieroso, cominciai ad aprirmi come se fossi “un bocciolo di rosa che si sveglia alla prima rugiada del mattino”. Cosí diceva il libro. Indossavo un vestito tipo indú, con un turbante fatto con un asciugamano bianco. Nella parte anteriore vi avevo agganciato il disco di alluminio che sigilla i barattoli del Nesquik. Dovetti, per fare una cosa fatta bene, pareggiarne i bordi con le forbici. E cosí, sotto la luce rossa, il riflesso argenteo assumeva tonalità intriganti e nascondeva i bollicini che mi si erano formati sulla fronte e nelle guance. Anche la tunica indú dissimulava qualcosa. “Presto crescerai tutto in una volta”, diceva la nonna. Ma intanto continuavo ad essere bassino e rotondetto. Non grasso ripugnante, ma certo con brutti rotoli all’altezza della vita e dei fianchi. Comunque qualcuno più basso di me c’era. Carlitos era uno di questi. Anche se non era proprio grasso né aveva ancora i bollicini. Maria Marta invece era una dea che sorrideva a tutta bocca, con la luce rossa che l’avvolgeva come un tulle. Io con la tunica sembravo più magro e addirittura un po’ più alto. Più degno delle sue tette.
Sul leggio c’erano le buste con dentro le targhette. Cinque buste e cinque targhette. Il leggio era nuovo di zecca, un regalo della vecchia Lavandina (la vicina amica della nonna): un tavolinetto cinese laccato di rosso e nero, con draghi che sputavano fuoco. Si potrebbe dire che tutto era stato rinnovato, perché con Carlos avevamo aggiustato le sedie di legno nella falegnameria di suo padre e io stesso, con un rullo, avevo dipinto il soffitto e le pareti del garage con smalto sintetico nero. “Il colore è per dare risalto allo spettacolo”, dissi alla nonna per convincerla. Lei disse:
- Il nero sa di lutto.
Ma mi lasció fare lo stesso. Mi sembró che alla gente la scenografia fosse piaciuta. La vecchia Lavandina aveva la faccia di chi viene a dare un’occhiata più al suo tavolinetto cinese che a me.
- Salve a tutti. Bene -la voce mi usciva pausata e chiara-, voglio che si rilassino. Osservino con attenzione il mio terzo occhio nel turbante, è un pezzaccio di latta che ha fatto il giro del pianeta ipnotizzando umani, animali, piante, sassi… Era di un fachiro d’oriente, della città di…
La più piccola delle Rapazzo fece un verso con la bocca, come se comprimesse uno sbotto di risa. Era lei che mi aveva regalato il foglio d’alluminio.
- …della città di Nesquik, vero signorina?
Assentí con la testa. Alcuni si girarono per vedere meglio. Immaginai che Maria Marta forse cominciava ad innervosirsi per questa complicità: le era sparito dalla bocca il sorriso di prima.
- Bene. Chiedo a tutti silenzio e che concentrino l’attenzione sulla latta. Non vi succederà niente di male. Stringete bene i piedi; le spalle diritte…
Faccia di pappagallo e Maria Marta si irrigidirono sulle sedie, dure. Il fidanzato del pappagallo guardava teso, stringendo i denti. L’attenzione di tutti era rivolta verso il turbante. Mi alzai in piedi e gli sguardi si alzarono. Quando si mantengono gli occhi rivolti verso l’alto per un certo tempo, i muscoli si stancano, perché devono produrre un lavoro forzato. Questo lo avevo letto da qualche parte. Approfittai per suggerire:
- Tranquilli, sereni… le palpebre vogliono chiudersi, gli occhi si stanno stancando, viene il sonno ma noi non lo faremo arrivare, vero Carlos?
Carlos negó con la testa. Maria Marta guardava di sottecchi il ragazzo dell’angolo. Mi disturbó che non fosse concentrata.
- La respirazione diventa più profonda, di più e di più… -la nonna chiuse gli occhi- ci sentiamo comodi, rilassati… è molto piacevole riposare qui seduta… vero Maria Marta?
- Eh?
- Dico se stai bene, comoda ma attenta, rilassata ma sveglia.
- Sí, certo -disse.
Il ragazzo dell’angolo era alto, magro, aveva diciassette anni e guidava la Fiat 600 di suo padre. “Troppi punti a suo favore”, pensai.
La nonna russó. La ragazza madre della casa di fronte la scosse un poco per svegliarla. Qualcuno stava già ridendo. La nonna spalancó gli occhi.
- Mi sono addormentata… non so come è successo -disse gridando. A seguito dello scossone aveva pigiato il pulsante, accendendo senza volere la luce bianca. Tutte le palpebre si mossero, simultaneamente sorprese. Presi le cinque buste dal tavolinetto.
- Anche se ci siamo svegliati, voglio mettere in chiaro che siete ipnotizzati. L’esercizio di rilassamento che vi ho fatto fare serviva perché le vostre menti si coordinassero alla stessa frequenza delle mie onde cerebrali. E anche se ognuno continuerà a fare quel che vuole, i cinque eletti che io indicherò saranno capaci di realizzare un’impresa di mentalismo mai vista in Argentina. Per favore, continuate tutti con la mente libera, completamente sgombra…
Mentre dicevo questo, guardavo Maria Marta pensando “non ti risulterà troppo difficile”. Diedi una busta alla nonna e un’altra a lei, che disse grazie; ne passai un’altra al ragazzo dell’angolo, ma gliela tolsi di mano prima ancora che potesse afferrarla. “Mi sembra che non sei ancora pronto”, gli dissi. Mortificato per sempre davanti alla dea di noi tutti. Le altre tre buste se le litigarono le sorelle Rapazzo e un bambino vestito da marinaretto.
- Tutti sapete scrivere, vero?
- Scrivere qualunque cosa? -domandò il bambino.
- Sí.
Il bambino lasciò la busta, spaventato, nelle mani della vecchia Lavandina. Ripetei la domanda:
- Sapete tutti scrivere?
- Síííí -risposero.
- Allora consegnerò ad ognuno di voi cinque una penna perché possiate annotare una parola nel cartoncino che troverete dentro la busta.
- Una parola… qualunque? -chiese Maria Marta.
- Sí, signorina -risposi.
- Ma proprio qualunque qualunque? Anche il nome di qualcuno?
- Non c’è problema -dissi.
Prese la biro con decisione e cominciò a scrivere nella parte della busta come se stesse annotando il mittente. Fece in tempo a scrivere una lettera che io già la bloccavo e ripetevo a tutti:
- Attenzione, scrivete la parola nella targhetta, non fuori.
- Ah -fece lei, confusa. Tirò fuori il ritaglio di cartoncino e scrisse la sua parola. Maria Marta era davvero tonta, e fu l’unica che si confuse, senza che io avessi potuto accorgermene sul momento e prevenire l’errore. E questo perché, oltre a dovermi concentrare sulle spiegazioni, mi stava facendo innervosire quel tarato della 600, che si dondolava sulla sedia con l’aria di dire “mi sono già rotto, da un momento all’altro me ne vado”. Spiegai ai cinque che infilassero i cartoncini dentro le buste e le chiudessero. “Senza incollarle”, dovetti aggiungere, davanti a una lingua già pronta a umettare la colla di un angolo. La nonna mi consegnò la busta personalmente. Maria Marta raccolse quelle delle due ragazze di dietro, aggiunse la sua e si alzò per venire a darmele. Io commisi l’errore di non stare attento a quello che faceva, già concentrato nel seguito del discorso.
- La mente dell’uomo è un luogo meraviglioso, pieno di segreti e vibrazioni occulte. Oggi mi vedrete con un’attitudine per così dire autoritaria, sí, mai vista prima in questo garage, ma che sicuramente vi stupirà fino a strapparvi il giusto applauso, perché vi leggerò nel pensiero. Direte voi: “Questo è impossibile”, e io affermo: “niente è impossibile”. Soprattutto se prendiamo le giuste precauzioni. Per questo motivo questo pomeriggio abbiamo cominciato con un esercizio di suggestione che, senza che ve ne siate accorti, mi ha collocato in una posizione privilegiata rispetto ai libri aperti che per me ormai sono le vostre teste: la posizione del lettore.
Sentivo gli occhi di tutti inchiodati sulle mie mani, intanto che mescolavo le buste. Perfino gli occhi della nonna, che conosceva il trucco ed era mia complice attraverso una parola chiave concordata. La parola era “acqua”. Mischiavo le carte in maniera apparentemente limpida, ma la busta della nonna rimaneva sempre l’ultima.
- Sí, rispettabile pubblico, leggerò le vostre menti. Non tutto il contenuto delle medesime, perché sarebbe una sfrontatezza ed un approfittarsi delle mie doti di indovino; leggerò soltanto la parola che avete scritto, con il solo appoggiare la busta sulla fredda superficie del mio terzo occhio di alluminio.
Presi a caso la prima busta e l’accostai al circolo del turbante, poco più in su della fronte. Maria Marta teneva le gambe accavallate. Chiusi gli occhi. Non volava una mosca.
- Che buffo modo di scrivere -dissi-, ma conosciuto… mi sembra. Mi sembra che sia una parola della nonna. È così? -e aprii gli occhi rivolgendomi a lei.
- Non so -disse, contenta.
- Vediamo, vediamo… ACQUA.
La nonna si mostrò sorpresa.
- Hai indovinato -disse.
La gente la stava guardando quando lei cominciò a ripetere “ha indovinato, era acqua, proprio così”. Mi disposi a verificarlo, aprii la busta e lessi la prima parola sconosciuta, scritta con grafia -chissà- di una delle Rapazzo. La targhetta diceva: “casa”. La infilai di nuovo dentro, chiusi la busta e la feci scivolare dentro il cilindro.
- E ora vediamo… disse un cieco… (risate) -le cose erano cominciate bene. La nonna mi fece l’occhiolino. Alzai la seconda busta dal mucchio.
- Questa è più facile, si può vedere bene, la parola è scritta in stampatello, la quql cosa mi fa pensare alla signora Rapazzo, è così? -Feci la domanda guardandola negli occhi. Lei disse:
- No.
- No?
- La mia è scritta in corsivo.
- Non vada troppo di fretta! -le gridai esasperato.
- Potrebbe essere la mia? -disse la più piccola delle sorelle.
- Potrebbe essere, potrebbe essere… -ripetei concentrato nella visione.
Tutti tacevano. Maria Marta mi fissava muta. Potevo sentire come quasi mi toccasse con gli occhi la tunica indù, come mi accarezzava anche dentro la tunica.
- CASA! -gridai entusiasmato. La ragazza battè le mani. Aprii la busta e lessi: “giente”, cosí, con una i di troppo. “Effettivamente, CASA”, mentii. Di nuovo misi la targhetta dentro la busta e la tirai dentro il cilindro, preparandomi a sollevare la terza busta. La ragazza ripeteva: “era casa, era casa…”, senza capire. Nessuno mai, prima di allora, le aveva letto il pensiero; ora io sapevo tutto di lei, tutti i suoi sogni, tutta la sua vita, tutto ciò che avrebbe fatto. Quanto avevo dimostrato era la prova del mio potere.
- Ahi ahi, qui c’è un errore…-dissi. La vecchia Lavandina si coprí la faccia con le mani, con un sorriso sdentato e con un gesto di richiesta di comprensione, come a dire “sicuramente l’ho fatto io”. Dissi “GENTE” suscitando l’ammirazione del pubblico; aprii e lessi SOLE.
Avvicinai l’ultima busta alla fronte, lo appoggiai al disco Nesquik ovvero al mio terzo occhio e indovinai la parola SOLE. Ma girando la busta tra le mani, i primi della fila notarono qualcosa di strano. Qualcuno indicò il retro della busta, proprio dove Maria Marta aveva cominciato a scrivere per errore. E quella di Maria Marta era una parola che mi fece tremare di rabbia, perché fra tutte le parole del mondo lei aveva scelto il nome Ernesto, scritto con la minuscola, “ernesto”, il ragazzo dell’angolo. Ma la cosa peggiore fu che, prima di lasciarmi infilare la busta nel cilindro, lei si alzò e disse: “Lí non ci può essere scritto SOLE, perché io ho scritto un’altra cosa”.
- Come…? -le chiesi, sapendola incapace di riconoscere una minima differenza tra una busta e l’altra sotto quella luce rossa, quando tutte erano identiche.
- Sí -rispose, più che a me a tutto il pubblico, per rovinarmi il trucco-, quella è la mia busta perché io mi sono sbagliata e l’ho cominciata a scrivere fuori, con la biro che mi hai dato… ma la parola non è quella.
Girai la busta. Era segnata: una “E” di ERNESTO, correttamente maiuscola, scritta per errore sull’esterno.
Maria Marta rideva: “Ci ha ingannato, ci ha ingannato”, con una cantilena burlona; il ragazzo dell’angolo si rilassò sulla sedia in uno stato di completa estasi post-ipnotica, totalmente padrone della situazione; la nonna scoppiò in una tonante risata e la minore delle Rapazzo, poverina, si sentiva defraudata e in piena crisi. E proprio un secondo prima della fine! Mi mancava soltanto di sollevare la busta della nonna, dire ERNESTO, anche se la bocca mi si sarebbe seccata, aprirla e trovarci scritto ACQUA, la parola della nonna, riporre in busta e mischiare tutto dentro il cilindro di cartone, cosí alla fine chiunque avrebbe potuto verificare le parole. Perché le parole esistevano, erano scritte, si potevano vedere e tutti -salvo la nonna- sapevano che erano segrete. E tutti pensavano che anche la parola della nonna era segreta e che io l’avevo indovinata. Io, il migliore, quello che avrebbe conosciuto ogni dettaglio della loro vita; che fregatura! “Andate via”, pensai, ma non ci fu bisogno di dirlo perché la gente se ne stava già andando. La gente, già dimentica dello spettacolino, usciva e chiacchierava dei pettegolezzi di strada; Carlos invece mi si avvicinó per confidarmi che comunque era andata bene lo stesso, che era un bel trucco e che alla fine era stata solo pura fatalità, un piccolo errore senza importanza. Mentre sua sorella, splendida, si affrettava per raggiungere quello dell’angolo, quello della Fiat, Carlos, Carlitos, mi ripeteva la solita tiritera, che dovevo cercare di puntare a qualcosa di più importante, di maggior impatto, qualcosa tipo spettacolo di magia con tutti gli annessi e connessi. E intanto che Maria Marta ed “ernesto” si scambiavano un bacio sulla bocca (nel mio garage! Ero rosso di rabbia…), Carlitos continuava la solfa domandandomi se non avevo mai pensato al trucco di sezionare una persona. Gli dissi di no. Che non mi interessava. Che volevo morire, volare, sparire; non so. Lui sí che sapeva, e si offriva di farlo insieme a me, se ero d’accordo. Le labbra di Maria Marta si stringevano contro quelle del suo ernesto con minuscola, ricciolino come me ma con minuscola. Potevamo progettarlo una di queste mattine, insisteva Carlitos.
- E come si fa? -chiesi, distratto.
Allora Carlitos fece qualcosa di incredibile, qualcosa che non avevo mai visto fare da nessuno prima di allora, qualcosa di inimmaginabile. Disse:
- Cosí.
E si rimpicciolí senza piegare le ginocchia né chinarsi, approfittando di un momento in cui nessuno ci guardava. Come se le gambe gli si fossero ristrette a fisarmonica sotto i pantaloni. Non riuscivo a immaginare che tipo di relazione ci fosse con i trucchi della persona tagliata in due, ma era veramente fantastico.
- Questo è il segreto -disse.

Carlitos era il segreto. Il mio amico, che frequentava il primo superiore della Pilota (una scuola mista, e non di preti e tutti maschi come il collegio Marista che frequentavo io), era capace di contrarre le ossa del bacino in una maniera incredibile. Diceva che anche Houdini faceva lo stesso, solo che il grande mago era capace di contrarre anche le spalle e i gomiti. Certamente non era una cosa da rompersi le ossa, ma una rara capacità di agire sulle proprie giunture. Lui lo aveva visto fare anche in un film con Toni Curtis. Era stranissimo. Le gambe gli si restringevano telescopicamente sul punto vita e le ossa gli si infilavano fino in pancia; si abbassava come minimo di venti centimetri fino ad apparire come un orribile nano, con le gambe quasi inesistenti dalla metà in su. Quasi senza cosce. E quando voleva, tornava a rialzarsi.
- Vuoi che mi levi i pantaloni per farti vedere?
Gli dissi di sí, tanto tutta la gente se n’era andata. Si sfibbió la cintola e tiró giù la cerniera lampo dei suoi jeans, un paio di Wranglers di quelli larghi e all’ultima moda, che scivolarono subito a terra. Anch’io avevo lo stesso tipo di jeans e gli stessi stivaletti scamosciati color marrone. Rimase con gli slip, piccoli e rossi, che gli evidenziavano un bozzo enorme in mezzo alle gambe.
- Caspita, che pacchettone per essere cosí basso!
- Visto? -disse- è incredibile quanto mi sia cresciuto. E mi sono venuti anche un sacco di peli.
- Fai un po’ vedere…
Abbassò gli slip fino alle ginocchia, senza nessuna vergogna. E lí non c’era trucco. Era qualcosa di simile a una salsiccia, con la cappella tutta rossa; e i coglioni sembravano due criceti addormentati. Avevo visto il criceto di sua sorella nella falegnameria; si chiamava Coco o Cocó, perché nessuno sapeva se era maschio o femmina, e mi sembrava che avesse la stessa peluria delle sue palle. Precisa identica.
- Il pisello mi è cresciuto da solo -spiegò, quasi scusandosi-. E a te?
Stavo per dirgli “non so che mi succede, dev’essere che ancora non ho avuto la botta di altezza di cui parla la nonna”, ma non lo feci. E prima che lui continuasse a chiedere, dissi:
- Quando mi si drizza è enorme.
Lui non insistette, e tutto continuò normalmente. Si alzò gli slip. “Preparati”, disse. Io ero ancora assorto pensando a quella cosa gigante. “Quando ce l’avrò anch’io cosí, non ti dico quello che ti farei, Maria Marta!”, pensai. Carlos fece tremare i suoi fianchi e potei vedere come due protuberanze (mi spiegò che erano le parti superiori dei femori) passavano da sotto l’elastico degli slip e salivano fino all’altezza dell’ombelico. Se non erano venti, quindici centimetri sí che si abbassava, e per la sua statura era un calo notevole. “Se aveva quel pisello prima dello sbalzo d’altezza”, pensai, “come gli sarebbe diventato dopo… se lo sarebbe dovuto legare al collo…”.
- Vedi? -disse, e cominciò ad alzarsi e abbassarsi come in un esercizio di ginnastica-. È strano, no? Però riesco a farlo.
Era un ragazzo pieghevole. Un ragazzo fisarmonica.
- Questo lo sanno la mamma e il dottore. E ora tu.
Fece un tremor di fianchi e le ossa si ricollocarono al loro posto. “Oltre a rimpicciolirmi in questo modo”, spiegò, “posso piegare le ginocchia come tutti e abbassarmi ancora di più”. Sorrise e si tirò su i Wranglers. Io ero veramente stupefatto.
- E ti sei fatto già le seghe con quel cannone? -gli domandai.
Alzò le spalle con sufficienza.
- Puff! Mille volte -disse.


Poi mi raccontò il trucco della persona sezionata. Il titolo del trucco era “La ragazza tagliata”, che in questo caso sarebbe diventato “il ragazzo tagliato”, perché era Carlos che sarebbe entrato dentro la cassa. Subito pensai a il fiore azteco come a una parte dello spettacolo che poteva venire esibita prima: sezionare una donna in due per poi esporre al pubblico la metà superiore. Carlos osservó che forse erano due cose diverse, con emozioni diverse, e che secondo lui non bisognava metterle insieme. E in più, il fiore azteco doveva essere per forza una donna.
- Possiamo farlo fare a tua sorella -gli dissi.
Allora cominciò a parlare di Maria Marta, e mi disse che a volte si faceva le seghe pensando a lei. Mi sembró terribile, ma per lui era una cosa normale. Lei si faceva la doccia di sera, e dato che nel loro bagno non c’era la tendina, la spiava dal buco della serratura.
- Ha delle tette così, belle sode. Due palloni. Non te lo puoi immaginare.
Mi si drizzò inmediatamente. Io le tette le avevo viste solo al cinema, nel film Sole rosso, quello di caw boy che vide tutta la seconda media nel Nuevo Ciudadela, con Charles Bronson e una cinese che si bagnava in un catino smaltato. Fu soltanto un secondo, ma un secondo che per tutti noi del gruppo valeva l’intero film.
- L’ho visto anch’io quel film, ma neanche a parlarne, non c’è paragone. E poi, io a mia sorella le ho visto i capezzoli, la fica e il cu